na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
niedziela, 30 października 2011
...a jednak wybraliśmy się na krótką przejażdżkę i spacer. Widoki piękne, pierwszy raz tam byłam, a kolejny będzie na pewno z aparatem w garści.
I w drodze powrotnej niespodziewanie zaliczyliśmy wizytę u rodzeństwa mojego.
Plan na dzień cmentarny już ustalony.

Błądząc po necie trafiłam tam i nadziwić się nie mogę. Czemu się dziwię? Dziwię się chyba brzydkiemu oświetleniu, bo Jolanta K. w tym programie szyję ma wręcz tragiczną, w pierwszej chwili myślałam że ma tam jakąś bliznę...
Plany planami, ale na spacer nie pojechaliśmy ani nie poszliśmy. Ale jakoś nie żałuję, dzisiaj już tak ładnie nie było, było wręcz smętnie i chmurnie, ale nie padało. Mieliśmy, a właściwie SZM miał plany wycieczki samochodowej, ale jakoś nie było chętnych, a potem jak zmienił miejsce docelowe na inne to się okazało, że Młody tez by chciał, ale dzisiaj akurat nie może, to zdecydowaliśmy, że jutro. A jak obaj wrócili z zakupów to powiedzieli, że w radiu alarmują, że korki, tłum na drodze, wielki ruch i w ogóle. W takim razie ustaliliśmy, że wycieczka/spacer będzie, ale w okolice bliższe. Znaczy plany na jutro są :-)
*
Sobota minęła nam całkiem przyjemnie, trochę czułam się jak babcia-emerytka, która upichci ciasto i zrobi szalik na drutach :-)
Rano ogarniałam chałupkę razem z Małą, a SZM razem z Młodym pojechali na zakupy i przy okazji umyć auto.
Przy szykowaniu obiadu wzięło mnie kulinarnie i strzeliłam ciasto. Drożdżowy taki jakby gnieciuszek a'la rolada, bo mi się małych drożdżóweczek nie chciało robić :-) I wyszło mi kilka takich rolad. Z budyniem czekoladowym z płatkami migdałów, z dżemem truskawkowym, z dżemem wiśniowym. Te z budyniem wyszły boskie, a jak szybko mi wchodzą, ani się obejrzę już nie ma, a dopiero co leżała porcyjka na talerzyku :-)
Bardzo lubię robić (i jeść oczywiście też) ciasto drożdżowe, od pewnego czasu jakiąś miętę do tego ciasta czuję, a kiedyś to się go po prostu bałam, bo nie przyjmowałam do świadomości faktu, że ono zawsze wyrasta. Zazwyczaj przy robocie wspomagam się mikserem, bo tak jest łatwiej i szybciej, poza tym nie znoszę mieć upaćkanych rąk. I dzisiaj złamało mi się jedno pióro od miksera. Widać mikser prosi o zmiennika. I tak sporo wytrzymał. To znaczy mikser nadal dobry, inne pióra też, ale z tych hakowatych do wyrobu ciasta zostało mi tylko jedno. :-(
Po południu Młody pojechał na koncert, a Mała poszła na pidżama party do koleżanki. A my seniorzy zostaliśmy w domu. I się tak trochę posnuliśmy. Wzięło mnie na dziewiarstwo i robię na drutach ni to szal ni to komin. i nie wiem jeszcze czy to będzie mój czy Małej :-)
*
Temat Świąt Bożego Narodzenia jak zwykle przyprawia mnie o ból głowy.
Rok temu moje rodzeństwo nas zaprosiło i tam mieliśmy rodzinną imprezę. W tym roku najprawdopodobniej zrobimy wigilię u nas. Zapewne będzie teściowa i moi rodzice, a moje rodzeństwo, jak znam życie, zapewne nie przyjdzie, bo nie zostawi samotnie swojego teściostwa. No chyba że się zdziwię. Będzie nas więc 8 osób.
Gdyby rodzeństwo jednak dołączyło to zrobi się 11 osób i dwulatek. Moglibyśmy jeszcze zaprosić rodzeństwo SZM i mielibyśmy raptem imprezkę rodzinną na 18 osób. I powiem szczerze gdyby nie problem z usadzeniem, zmieszczeniem takiej ekipy przy stole to kto wie, kto wie...
I o prezentach czas pomyśleć...
*
Debet - honorowy członek naszej rodziny :-)
O stanie konta staram się nie myśleć, bo mi się od razu humor psuje. Zostaje mi się pogodzić z myślą, że żyjemy ponad stan i zawsze będziemy na debecie.
Z Andrzejek rezygnujemy dobrowolnie, no chyba, że się trafi może jakaś impreza za free, ale póki co cisza w eterze. W listopadzie tak w sumie czela mnie kilka atrakcji: impreza firmowa, koncert JMJ, spotkanie studenckie, a potem jeszcze fajny weekend w górach. Wszystko w myśl zasady - żyje się raz.
*
Póki co przed nami Święto Zmarłych i problem, którego jeszcze na głos nie powiedziałam, a który jest co roku. Matencja nie ma z kim iść na groby. Tatencjusz ma ją w głębokim poważaniu i idzie do pracy. Rodzeństwo ma ją w głębokim poważaniu bo jedzie na groby rodziny swojej połowicy. Zostaję ja. Jeszcze mamy do kompletu teściową, którą też pewnie trzeba będzie dotransportować w okolice cmentarza. Logistycznie chciałabym to zrobić tak, żeby rano odstawić to co trzeba, a wieczorkiem pospacerować w blasku płonących zniczy i świeczek. Co roku to sobie obiecuję i zawsze coś ..., a to pogoda, a to SZM nie chce, a sama nie pójdę przecież, a to goście zjadą.
Może teraz się uda, nie wiem.
*
...za 15 minut cofamy zegarki, więc nie jest wcale tak późno jak mi się wydaje:-)))




już czas zmieniony :-))
piątek, 28 października 2011
*
Rano obudziłam się jeszcze przed budzikiem. Właściwie nie tyle obudziłam się, co część mnie wygrzebała się z warstwy snu i już prawie świadomie pomyślała i miała szczerą nadzieję, że budzik nie będzie dzwonił, że może to już w końcu sobota. I nie skończyłam jeszcze myśleć kiedy usłyszałam znajome titanie.
*
Lubię piątki, lubię świadomość, że to koniec tygodnia pracowego, że przede mną tyle wolnego. A jeszcze pogoda była dzisiaj przecudna i z prawdziwą przyjemnością zaglądałam w okienko. Zaplanowaliśmy sobie nawet z SZM jutro jakiś spacer, albo wycieczkę na łono natury, żeby coś jeszcze mieć z tej pięknej jesieni. Zaplanowaliśmy a co z tego wyjdzie nie wie nikt :-)
*
Mała ma dziś w szkole jakąś popołudniową akcję, klub czegoś tam. Wczoraj obiecałam że ją odbiorę samochodem, żeby się wieczorem nie smykała autobusem. Wiadomo, że jak wezmę ją to zabiorę też koleżankę, albo nawet dwie :-)
Dzisiaj po lekcjach padła prośba ze strony Małej, żeby ją (i dwie koleżanki O. i K.) nie tylko odebrać, ale również zawieźć, bo nie pasuje im czas odjazdu autobusu. Powiedziałam, że ja się sprężę, ona mi pomoże i damy radę więc nie ma problemu.
Po chwili słyszę jak Mała dzwoni do O. mówiąc, że mama (czyli ja) je zawiezie, w odpowiedzi O. mówi, że jej mama już powiedziała, że je zawiezie.
Pewnie tamta mama uznała, że skoro ja odbieram to ona zawiezie. OK, jak dla mnie extra nie muszę się spieszyć.

Słyszę też, że Mała do telefonu mówi, że obiecała jeszcze zabrać koleżankę K., ale O. mówi że przecież nie ma problemu. Umówiona jestem z Małą na sms-ową informację o której godzinie mam po nie przyjechać.
Jakiś czas temu dostałam info: "nie musisz po mnie przyjeżdżać, tata K. nas odbierze". Pewnie tata uznał, że skoro ja zawożę, bo tak było w planie, to on odbierze.
I w ten oto sposób mam wolne :-))) Grunt to się dobrze ustawić, prawda?
*
Zaszalałam kulinarnie i strzeliłam dzisiaj na obiad własnoręcznie ulepione pierogi z mięsem. Sama z siebie jestem dumna :-)
*
Głupie to uczucie kiedy z całego grona biurowego tak naprawdę pracujesz tylko ty i nie dlatego, że musisz, ale dlatego, że chcesz i po prostu masz ochotę coś zrobić od razu od początku do końca.

czwartek, 27 października 2011
Medyczna sprawa Młodego dobiega końca, wszystko pięknie się goi. Muszę jeszcze wymyślić formę podziękowania, bo wszystko to było z wykorzystaniem jednak mojej prywatnej ścieżki. Nie chcę tej ścieżki urazić, ale samo dziękuję jakoś mi nie pasuje. A chciałabym żeby w dalszym ciągu ścieżka ta była moim ulubionym chirurgiem :-)

Pochwalę się - będę na koncercie J. M. Jarre'a!!! w czasach młodości (alez to brzmi!) zasłuchiwałam się jego utworami. Matencja za straszne pieniądze (marki!) przywoziła mi płyty (czarne!!!) z Niemiec. Potem jakoś mi odeszło, ale sentyment pozostał. Chyba nawet nie śmiałam marzyć, żeby być na jego koncercie, bo kto kiedyś przypuszczał, że JMJ zawita do Polski, a o wyjeździe zagramanicznym na koncert to już nie myślałam wcale. I teraz nagle fik-pstryk okazało się, że jest możliwość. W pierwszym odruchu chciałam sobie to podarować, zaniechać znaczy się, bo jednak kasa trochę duża za te bilety poleciała z konta. Ale samą siebie wyhamowałam i przemówiłam w głębi duszy do rozumu, że przecież trzeba rozwijać swoje pasje, dbać o marzenia, zainteresowania i  takie tam inne blebloły sobie samej nawrzucałam i podjęłam decyzję - idziemy! W przypływie szaleństwa nawet chciałam dzieci zabrać, ale SZM mnie troszkę jednak wyhamował, i chyba słusznie jak się okazało :-)
Ale najważniejsze, że TAM będziemy :)

Drogą mailową dostałam to:

Jeżeli sześć milionów obywateli Polski mogło oddać swoje życie podczas drugiej wojny światowej, to myślę, że milion Polaków może teraz  złożyć swoje podpisy, aby ich w ten sposób uhonorować - podkreśla w rozmowie Alex Storożyński, prezes Fundacji Kościuszkowskiej i znany amerykański dziennikarz polskiego pochodzenia, który jest pomysłodawcą petycji.
Celem inicjatywy jest doprowadzenie do tego, by
największe amerykańskie redakcje - takie jak "New YorkTimes", "Wall Street Journal", "Washington Post"czy Associated Press - wprowadziły do tzw. Stylebooków (dziennikarskich podręczników, które określają, jak należy i jak nie należy pisać) zapis o tym, że nie wolno używać terminu "polski obóz koncentracyjny". Zamiast tego powinno się używać oficjalnie zaakceptowanej przez UNESCO nazwy obozu Auschwitz-Birkenau, a więc "niemiecki, nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady". Czy Polakom uda się zebrać milion podpisów przeciw "polskim obozom"?
Link do strony z petycją:
www.thekf.org/events/news/petition/
Proszę przesłać dalej.

No to posyłam, nie tylko mailowo :-)


środa, 26 października 2011

Pomieszczenie biurowe pogrążone w totalnym chaosie, które powoli staram się odgruzowywać, aczkolwiek idzie mi to opornie, bo w końcu nie moje to biuro, więc nie będę się szarogęsić, ale gdybym tylko mogła zrobić to po swojemu...


Dzień dobry kochana, no widzi pani, nie ma lekko, roboty całe mnóstwo, niech się pani nie daje, zawsze mówiłam, że to robota dla dwóch osób, ale nikt sobie z tego nic nie robił, niech no pani sama powie czy ja nie tonę w papierach? (owszem, na własne życzenie, mam wrażenie) Człowiek sam nie wie w co ma ręce włożyć. I pomieszczenie takie małe (faktycznie mogłoby być większe), światło kiepskie (to się dopiero okaże, ale czy aż tak kiepskie?, na coś trzeba narzekać, nie?), niech pani powie czy tu jest dobre światło? Niech pani pamięta ja pani mówię te wszystkie negatywne rzeczy, a pani niech sobie potem walczy sama, bo jak od początku pani nie zawalczy to potem już nic pani nie wskóra, to ja lecę na papieroska...

...

a kupiłam sobie wczoraj takie... (i tu płynie opowieść lekko przydługa), no to może niech pani to tak troszkę poukłada, a ja tymczasem odetchnę troszkę i lecę na papieroska...


...

Bosze, człowiek taki zarobiony, jeszcze nawet w toalecie nie byłam, ale o czym ja tu, no poukładała pani? O to dobrze. No to potem/ jutro weźmiemy się za to, albo tamto, bo teraz to już nie ma co, za późno no i taka jestem zmęczona, głowa mi pęka, muszę jednak na fajkę wyskoczyć...

...


- - - - -


Uzbrój mnie Panie w cierpliwość, proszę.

                                      Anonimka

wtorek, 25 października 2011
Jesień, późna jesień idzie to i w mojej głowie i szaro i buro.

Weekend minął pod hasłem fochów i dąsów SZM. I właściwie to nawet nie jestem w stanie powiedzieć o co chodził. W zasadzie jak nie wiadomo o co chodzi to zazwyczaj są to w jego wykonaniu anse i dąsy o życie że tak powiem intymne :-) Andropauza jak nic ;-)
Ale najpierw był przecież piątek. SZM integrował się firmowo, a ja...
Piątek to była impreza babska, czyli plotki, wieści, śmiechy, chichy i zwierzenia na ucho. Znaczy jak zwykle. Niby z lekka inaczej, bo w nieco mniejszym składzie, ale takie bardziej kameralne imprezki mają swój urok, są bardziej intymne i jeśli o mnie chodzi bardziej wartościowe.
Sobota to impreza rodzinna u matencji. Przeżyłam, bez specjalnych strat i szkód na zdrowiu psychicznym:-)
Reszta weekendu spędzona w domu z foszącym się SZM. Muszę przyznać, że do przyjemnych nie należał, ale postanowiłam olać to sikiem prostym lub panoramicznym. Zaliczona lektura, podgoniony szósty sezon "Gotowych na wszystko".
Nie wiem co to z tymi fochami jego jest. Raz na jakiś czas taki dzień mu się trafia, albo dwa. Jakby miał PMS-a. Ileż to myśli cisnęło mi się w tym milczeniu do głowy, ileż refleksji, przemyśleń, niewypowiedzianych wywodów, a teraz nie jestem w stanie sobie przypomnieć co ja takiego chciałam...

Tydzień pracowy się zaczął. Codziennie mam wątpliwości czy ogarnę temat, który mi narzucono, i codziennie muszę sobie powtarzać, że głupia nie jestem i że żal nie skorzystać z takiej szansy.
Za każdym razem tłumaczę sama sobie, że krok po kroku i wszystko będzie wyglądało inaczej. Inna sprawa, że osoba, która mnie w to wprowadza jest tak chaotyczna, niepozbierana, rozgadana i mało konkretna, że w środku wszystko aż mi się gotuje. Samą siebie pocieszam, że początki zawsze są trudne.

Za chwilkę ruszam dupcię i jadę na moment do matencji, bo taktycznie tak mi będzie wygodnie, zbiorę się do domu tuż przed jej ulubionym serialem, więc nie będzie oponować :-)

Wczoraj zasiadłam przed TV, żeby oglądać Boską w Teatrze Telewizji, zachęciłam nawet Młodego, któremu podobało się i to bardzo, a ja momentami przysypiałam, bynajmniej nie z nudów :-), ale też mi się podobało :-)))

W listopadzie szykuje nam się sympatyczny wyjazd w górki, gdzie czekać nas będzie trochę kultury, trochę rozrywki i mam nadzieję, że dużo zabawy. Już się na to cieszę :-)))
A wczesniej moja impreza firmowa, ale tu wodotrysków i fajerwerków nie będzie. Sama widzę jak się nam paczka rozsypuje, kontakty rozluźniają, zmieniają układy. Przykre, ale prawdziwe.

No to jadę do tej matencji!
środa, 19 października 2011
Wydaje się, że medyczna sprawa z Młodym znalazła finał. Oby się tylko dobrze goiło i mam nadzieję, że za chwilę sprawa odejdzie w zapomnienie. Nie ma osoby, która po zobaczeniu foto (oszczędzę Wam widoków, bo nieciekawe są) zrobionego tuż przed zbiegiem nie jęknęła (bynajmniej nie z zachwytu).

Jestem dzisiaj po wizycie u zębologa. Został mi po poprzednich wizytach do ściągnięcia kamień, co okazało się mało przyjemne zwłaszcza, że jak się okazało mam spory stan zapalny wszystkich dziąseł, powiększone kieszonki i diagnozę pod tytułem paradontoza. Perspektywa ogólnie nieciekawa. Jak powiedział zębolog "Taka Pani uroda, ma Pani pecha, bo każdy inny przy pani perfekcyjnym czyszczeniu nie miałby żadnych kłopotów". Teraz jestem cała szczękowo obolała. Leżałam na tym fotelu, łzy mi pomaleńku spływały, zaciskałam kurczowo palce aż do odrętwienia i ...myślałam o Iksińskiej i jej zębach:-)

Zapomniałam o konsultacjach w szkole Małej. Taka ze mnie wyrodna matka :-)

= = = = =
Z dietowego pola walki: 

19.10 -
dzień 3 - zaliczony

:-)
wtorek, 18 października 2011
Tak jak przypuszczałam, sprawy medycznej od ręki w naszym kraju załatwić się nie da. Niestety wyznaczono nam termin, a sprawa się skomplikowała i musiałam uruchomić jednak prywatne ścieżki. Może jutro uda nam się to choć w części załatwić. Mam szczerą nadzieję, że większych komplikacji z tego tytułu nie będzie, aczkolwiek głowy nie dam. Nawet Młodemu nie mówię o czym myślę, bo po co mam go niepotrzebnie stresować.

W pracy norma. Znaczy kolejne potyczki. Jak miło mieć świadomość, że jestem poza tym, że mnie to jednak nie dotyczy. Wszelkie wątpliwości dotyczące mojej decyzji znikają jak za dotknięciem magicznej różdżki. Już wiem, że nie od razu Kraków zbudowali, powoli, kroczek po kroczku ogarnę temat, posiądę potrzebną wiedzę, zrobię porządek i będzie gites i OK. Chciałabym tylko bardzo wiedzieć skąd tak naprawdę szefostwu wziął się pomysł na wykorzystanie mojej skromnej osoby. Bo ojców tego sukcesu już jest więcej niż ustawa przewiduje :-)

= = = = =
Z dietowego pola walki: 
waga: 77 kg (wzrost 169cm)
cel: zgubić 6-7 kg
- początek Fazy I
17.10 - dzień 1 - zaliczony
18.10 -
dzień 2 - zaliczony
Oby tak dalej!



niedziela, 16 października 2011
Wyjazdowo-imprezowy weekend za nami.
Imprezę wieczorną, prawie firmową dla SZM, z powodu której w ogóle tam wylądowaliśmy, w skali 1/10 oceniam na 4,5. Nasz pobyt prywatny na jakieś 7.
Udało mi się namówić Małą, żeby jechała z nami, i jak się okazało nie żałowała :-)
Było miło, ale bez specjalnych fajerwerków.
Nawiasem mówiąc zastanawiam się, dochodzę do wniosku, że jakoś ostatnio większość rzeczy, wydarzeń, itp. była dla mnie fajna, miła, ale bez fajerwerków. Spada mi poziom entuzjazmu? Ciężko mi dogodzić?
Baza noclegowa, jak dla mnie klasa i godna polecenia. Może dlatego, że biznes jest nowy, a właścicielka pełna werwy, chęci i zapału. Pierwszy raz korzystaliśmy z oferty typu nocleg ze śniadaniem. I jakież to było śniadanie... Wow! Z prawdziwą przyjemnością śniadaliśmy ponad godzinę :-)
Niespodziewajka towarzyska w postaci nowinki o powiększającej się rodzince. To również nowość i niejaka zmiana dla nas, bo wiele czasu spędzamy wspólnie. Może to okropnie zabrzmi, ale trochę nam te ich plany skomplikują życie towarzyskie :-)
Nie było specjalnej pogody, więc nie było spaceru po górach. Zafundowaliśmy sobie wycieczkę samochodem: Szczyrk, Żywiec, Węgierska Górka, Laliki, Koniaków, Istebna, Kubalonka, Wisła. Zaliczyliśmy też zwiedzanie Browaru :-)

Dla Młodego to był chyba pierwszy samotny pobyt w domu. Dostał nawet do dyspozycji samochód, z czego ochoczo skorzystał :-)

A dzisiaj powrót do domu, wypakowanie ciuchów, pranie, które wciąż czeka w misce by je powiesić, drzemka po południu, telefon od matencji, który jak zwykle wyznacza mój powrót do szarej codzienności :-)

Jutro czeka mnie wędrówka w poszukiwaniu specmedyka, bo mam problem medyczny, chirurgiczny, z Młodym. Zastanawiałam się czy nie zostawić go z tym samego, bo w końcu dorosły gość jest, ale uznałam, że moja znajomość tej sfery może się przydać. I tak nie wierzę, że uda nam się to załatwić ot tak od ręki, ale nie zaszkodzi spróbować.

No i mocne postanowienie powrotu do diety. Źle się czuję z tym nadmiarem kilogramów. Do zrzucenia mam jakieś 5 kg nadbagażu więc dramatu nie ma, ale różnica będzie spora.
...i może uda mi się zmobilizować SZM do zrzucenia kilku kilogramów, bo powoli zaczyna przypominać wielką kulkę. A to nie jest fajne.
Oboje musimy się za siebie wziąć.

Pracowy tydzień zaczyna się od jutra lub od wtorku (zależy od tego czy uda nam się wkręcić z Młodym do specmedyka), ale minie szybko, bo w piątkowej perspektywie mam babskie spotkanie, a w sobotniej imprezkę rodzinną matencji.

= = =
edit: godz. 23.29

A teraz powinny tu być jeszcze rozważania, przemyślenia i refleksje, bo tamten wpis wydaje mi się taki jakiś suchy, pozbawiony emocji, ale coś weny twórczej nie mam. :-)


środa, 12 października 2011
Naprodukowałam się tu na temat wymiany ciuchów, która funkcjonuje w mojej rodzinie od lat i jakoś uznałam, że temat nie jest warty aż takiego długiego klikania. Wzięło mnie na taki temat, bo właśnie wpadło nam trochę fajnych szmatek. Trochę czuję się jak uboga krewna, ale dobrze kiedy w rodzinie jest ktoś, kto ma pieniędzy ciut więcej niż przeciętny Kowalski, kto lubi robić duże  zakupy ciuchowe, często ciuchy zmienia i jeszcze nosi podobny rozmiar. :-)

W pracy czas płynie szybko, sporo się dzieje. Usiłuję się czegoś nauczyć robiąc porządki i przecieram oczy ze zdumienia widząc papiery z roku 2007, które wciąż czekają na swoją kolejkę. Z myślami oczywiście biję się wciąż i wciąż i sama siebie utwierdzam w przekonaniu, że jest OK, a nawet gites :-)

Przed nami imprezowy weekend w górach, błagalne modły powinnam wznosić, żeby pogoda ładna była. I jeszcze się muszę wystroić na wieczorną wyjazdową imprezę; ma być elegancko. Bądź mądry i pisz wiersze. A ja oczywiście jak zwykle mam problem z doborem stroju. Do tego świadomość, że całe moje dukanowanie diabli wzięli, bo wszystkie fałdki wzięli i wrócili razem z tym kilogramami, na które sobie ciężko zapracowałam. No nie jest wesoło.

Dzisiaj po pracy pojechałam po zakupy, ja - kobieta niezależna, z własnym autem (co z polskiego na nasze znaczy, że już nie muszę czekać aż SZM wróci z pracy). Nikomu nie powiedziałam, że przy wyjeżdżaniu z miejsca parkingowego "tyknęłam" inne auto. Facet stał obok swego auta, a ja zrobiłam to niczym blondynka, ot tak na jego oczach. Podbiegł wołając, że wjechała pani na mnie. A ja spokojnie, nienerwowo odparłam, że przepraszam i że ok już parkuję i wysiadam. Zaparkowałam, już miałam wysiadać, ale gość podszedł i powiedział, że spokojnie, bo "tyknęłam" go dokładnie w listwę, śladu nie ma więc nie będzie mnie męczył. No to raz jeszcze przeprosiłam i pojechałam. Inna sprawa, że on stał niby na parkingu sklepowym, ale w miejscu niewyznaczonym do parkowania. Tylko nie wiem czy taki szczegół ma znaczenie. Nikomu, nikomu o tym nie powiedziałam. Niby nic się nie stało, ale tak mi humor zepsuła ta sytuacja. Bardzo. To moja pierwsza "stłuczka" jak długo jeżdżę. Może nie jeżdżę dużo, ale za to staż mam spory. Ponad 20 lat.
poniedziałek, 10 października 2011
Książkę Kalicińskiej "Fikołki na trzepaku" czytało mi się z taką małą łezką w oku. To świetna uczta wspomnieniowa. Jestem troszkę młodsza od niej więc nie wszystkie rzeczy przez nią wspominane są mi bliskie, nie wszystko pamiętam z własnych doświadczeń, ale i tak czytało mi się świetnie...
Pamiętacie, że kiedyś mleko w butelkach co rano pod drzwi przynosił mleczarz? A saturatory, o których akurat ona nie pisze, a które ja pamiętam. I te szklane syfony, albo takie podobne do termosu, do których się wkładało naboje, żeby woda się gazowała. Taki jest klimat tej książki :-) Szczerze polecam. Książka opisuje tamten świat, tamto życie oczami dziecka, i co ważne bez wstawek i komentarzy politycznych. Na końcu miałam wrażenie, że taka laurka tamtych czasów z tego trochę wyszła, ale ona przecież pisała o swoim dzieciństwie, a dzieciństwu laurkę chyba można, nie? :-)
Przypomniała mi ta książka moje podwórkowe zabawy. Kiedyś na podwórku życie kwitło, spędzało się tam całe mnóstwo czasu od rana do późnego wieczora, kiedy to mamy z okien wywoływały nas po kolei. Te podwórkowe zabawy, ech...
Zaczęłam wychodzić na podwórko jako chyba pięciolatka, bo wówczas moja starsza koleżanka/sąsiadka uprosiła moją matencję, żeby mi pozwoliła wyjść pod jej (tej koleżanki) opieką. Wcześniej bawiłyśmy się lalkami, świetnie, razem, ale pod dachem. I tak zaczęła się moja podwórkowa kariera... :-) To właśnie tamta koleżanka/sąsiadka starsza o pięć lat więc prawie dorosła :-) zaprowadziła mnie na podwórko, gdzie spotkałam inne koleżanki, bardziej zbliżone wiekowo.
Uwielbiałyśmy bawić się w księżniczki, już dokładnie nie pamiętam co robiłyśmy konkretnie, ale każda miała swoje księżniczkowe imię i oczywiście królestwo :-)
Czasem przy pomocy kamyczków żwirkowych układałyśmy sobie caluteńkie mieszkania, tzn. plan mieszkania czyli ściany. Pół dnia nam schodziło na pracowitym układaniu ścian kuchni, pokoi, w pokojach mebli itp., a potem zazwyczaj trzeba było biec na obiad, albo już do domu jeśli to już był wieczór.
Pamiętam też zabawy w sklep, ach jakiż tam był wybór towarów; kamyki, szkiełka, liście, trawa, piasek, wszystko to grało rolę jakiegoś towaru sklepowego.
Były też gry.
Graliśmy w Grzyba (bardzo lubiłam), w Klasy (jakoś tak rzadko), skakało się też w gumę. Ja nawet zawzięcie trenowałam w domu, przy pomocy taboretów, a matencja wołała o pomstę, że sąsiedzi z całego budynku słyszą każdy mój skok (że niby jak słoń?). Ale w gumę to grałam chyba jak już byłam nieco starsza. I skakanka też była. Zwłaszcza w tej formie gdzie dwie z nas nią kręcą, a ta trzecia skacze.
Grałyśmy też w Państwa, o tej grze przypomniała mi książka. Nawet nie pamiętam czy tak akurat się ta gra nazywała. Każdy wybierał sobie nazwę jakiegoś państwa. Chyba zakreślał swoje terytorium, rysując na ziemi patykiem kółko sięgając najdalej jak się dało. I ktoś wysoko w górę wyrzucał piłkę wołając głośno "Wywołuję, wywołuję piwko - na przeciwko - i ..." tu padała nazwa państwa, które to musiało szybko piłkę złapać. I dalej już nie wiem na czym to polegało, ale jeden drugiemu odkrawał po kawałku tego wyrysowanego kółka, niby terytorium kraju :-)
Była też taka inna gra, też z piłką; pamiętam że na ścianie wyrysowywało się taką jakby tarczę z punktacją. Świetne były do tego celu ściany garaży. Ustawiałyśmy się w pewnej odległości od tej ściany w rzędzie. Piłkę trzeba było odbić od ściany i potem nad nią przeskoczyć, a chyba ten stojący za graczem piłkę łapał czy jakoś tak. Już nie pamiętam, ale wiem, że grałyśmy bardzo często i że bardzo lubiłam w to grać.
A pamiętacie "Raz dwa trzy Baba Jaga patrzy!"? I jeszcze "Głuchy telefon"?
Potem jak  trochę podrosłam to graliśmy całą gromadą w tradycyjnego chowanego, czy też bardziej wyszukane "Zbite szklanki" i kolejna wariacja z tej serii to "Siedem patyków". Przyznam szczerze, że słabo biegałam i wiecznie miałam problem jako ta szukająca reszty.
W podstawówce graliśmy w "Podchody" po naszym mieście (centrum i okolice) caluteńką klasą, w ramach lekcji WF!!! A potem jak złapaliśmy bakcyla to namiętnie już po lekcjach zamiast do domu to grało się i grało.
Bosze jakie to były czasy...
Czy moje dzieci wiedziałyby o czym ja napisałam?
Widzę Małą siedzącą w swoim pokoju, plotkującą z koleżankami na Skypie, czytam co napisałam i czuję się jak dinozaur.

A Wy, bawiliście się na Waszych podwórkach?


= = =
edit:
przeczytałam sobie ten tekst raz jeszcze i nie wiem czy to przez tę ksiązkę, czy może tyle razy o tych rzeczach myślałam wcześniej (bo istotnie tak było), czy też jakoś już na ten temat pisałam i nie pamiętam... Skleroza nie boli.
niedziela, 09 października 2011
Tyle rzeczy miałam do napisania, całą furę przemyśleń i wspomnień po lekturze "Fikołków na trzepaku" Kalicińskiej, ale od ponad godziny morduję się z programem pocztowym, bo jak to ja coś-tam kliknęłam i kurdeszmol maile mi się ukazują w postaci html-a, czyli otwierają mi się w przeglądarce, a nie jak do tej pory po prostu mailowe okieneczka :-)
Informatyk ze mnie żaden, więc metodą prób i błędów usiłuję dociec gdzie i co mam zmienić. Używam Incredimail'a, który jak do tej pory spełniał moje oczekiwania, ale teraz już szlag jasny mnie trafia, a najbardziej za ten zmarnowany czas i nerwy. Wiem, że pewnie w ustawieniach programu coś trzeba kliknąć. Mam tylko dylemat czy aby na pewno powinnam grzebać w ustawieniach Incredimail'a  czy może jednak Firefox'a.

= = =
edit: 10.10.2011 - godz. 00:44
Poddałam się, nie dałam rady dłużej w tym kompie grzebać. Trafia mnie, bo teraz każdorazowo mail, który przychodzi otwiera mi się jako dodatkowe okno w przeglądarce. Nie mogę od razu pousuwać z poczty wszelkich reklam, bo każda z nich się od razu otwiera. Pocieszam się tylko tym, że SZM ma w planie w najbliższej przyszłości, a nie wiadomo niestety dokładnie kiedy, totalne przeinstalowywanie kompa więc może przy okazji wróci wszystko do normy.

kulinarne szaleństwo
Wczoraj zaszalałam kulinarnie, piekarnikowo. Upiekłam chleb. Z gotowej mieszanki, ale i tak jestem dumna i blada:-) A jak już babrałam się ciastem to siłą rozpędu na bazie przepisu na drożdżowe ciasto do pizzy wzięłam dodałam to i owo i zrobiłam dwie blachy kręconych drożdżówek z miodem, cynamonem, konfiturami, albo marmoladą, do wyboru. A na te kręciołki mnie wzięło, bo mi zapadły w pamięć drożdżowe cynamonowe bułeczki, które piekła Dorota, tylko nie chciało mi się szukać po necie przepisu :-) Wczoraj upieczone i wyjedzone co do jednej jeszcze przed dzisiejszym obiadem :-)

obowiązek obywatelski
Ruszyłam pupcię i zagłosowałam, nawet udało mi się wyciągnąć opornego  w tej kwestii SZM. Nie wiem jak on, ale ja nie głosowałam "za" kimś tylko "przeciw". Problemem była dla mnie konieczność wyboru jednak kogoś innego. Ale dałam radę.
Młody niepoganiany przez nikogo sam poszedł o wiele wcześniej spełnić swój obowiązek obywatelski. Do pojęcia obowiązku obywatelskiego musiałam sięgnąć w przekomarzaniach i dysputach z SZM, żeby go skłonić do wyjścia z domu. Nawet mu powiedziałam, że może nie głosować, byle tylko ze mną szedł, bo samej mi się z domu ruszać nie chciało.


wtorek, 04 października 2011
Z przerażeniem patrzę na sterty papierzysk, które zalegają wszelkie kąty, karteczki, notatki, zapiski, druki, druczki i wszelkie inne szpargały. Zamaszystość, chaotyczność, nie bójmy się słów - wszechobecny rozgardiasz - mnie przeraża. Zaciskam zęby, bo nie mój cyrk i nie moje małpy przecież. Jeszcze.
Uzbrajam się w cierpliwość, bo przecież nigdzie mi się nie spieszy. W głębi duszy sama siebie pytam czy ja tego na pewno chcę. Wyszukuję sensowne argumenty, które przekonują tę tam w środku wystraszoną Anonimkę.
Tak, wystraszoną i pełną wątpliwości;
że tego wszystkiego nie ogarnie,
że temat ją przerośnie,
że sama z własnej woli rezygnuje z fajnej ekipy na korzyść biurka,
że pcham się sama na własne życzenie.
Z drugiej zaś strony wiem przecież;
że to na pewno awans,
że czasu do ogarnięcia tematu mam dużo,
że szefostwo samo mnie namawiało i zadowolone było że się zgodziłam,
że nie każdy ma możliwość przesiadki zawodowej w sobie znanym środowisku,
że zgrana ekipa nic nie znaczy, bo w każdej chwili może się rozsypać,
że biorąc pod uwagę aspekty zdrowotne, wiekowe i psychiczne to chyba jednak wszystko wyjdzie na lepsze,
że może nie tak od razu, ale kasy będzie na pewno więcej.
No i już z samej blogowej wyliczanki widzę, że gra jest warta świeczki. Musze tylko sama do się przemówić i utwierdzić w przekonaniu, że przecież jestem świetna, błyskotliwa, rezolutna i że to wszystko dla mnie pikuś. Pan Pikuś.
poniedziałek, 03 października 2011
Mhhmm, od propozycji, zapytania do realizacji, a konkretnie rzecz biorąc do poinformowania najbardziej zainteresowanej, czyli osoby, na której miejsce mam wskoczyć, minęło trochę czasu, raptem bagatelka 3 miesiące :-)
Od dzisiaj zaczęłam pobierać nauki specjalistyczne. Póki co jest fajnie. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Jakie mam? Bosze, jaki tam bajzel, żeby nie powiedzieć burdel. Jestem pełna podziwu, że ten, kto się tym zajmuje do tej pory jest w stanie to ogarnąć.
Zdaję sobie sprawę, że póki co będę wynieś-przynieś czyli persona od żmudnej czarnej roboty, ale tylko w taki sposób mogę się tego wszystkiego nauczyć. Uzbrajam się więc w cierpliwość, zaciskam zęby i walczę dalej.

A oczami wyobraźni już urządzam to biuro po swojemu... :-)
niedziela, 02 października 2011
Leniwa niedziela po pracowitym początku dnia :-)
Wczoraj matencja zapraszała nas na obiad na dzisiaj. Grzecznie odmówiłam, bo po prostu nie miałam ochoty, nawet nie konsultowałam się z SZM, bo uznałam, że i tak tylko ja jestem chętna do wizyt u rodziców. No więc nie pojechaliśmy. Rano wkroczyłam do kuchni, bo uznałam, że zajmę się obiadem ja, a nie SZM, bo nagotuję sobie troszkę gotowizn do wykorzystania w tygodniu. ...i jak to bywa, już byłam w ogródku, już witałam się z gąską, gdy szybkowar zrobił mi psikusa i już miałam do sprzątania połowę kuchni, bo że tak powiem kolokwialnie wystrzelił był :-)
Nie była to dla mnie pierwszyzna, bo zaprawiona w bojach z szybkowarem jestem od lat wielu. Jestem namiętnym użytkownikiem szybkowara, chyba od zawsze, od początku mojej małżeńskiej kariery; bo w prezencie ślubnym dostałam od matencji jeszcze enerdowski model (w tamtych czasach full wypas), a jakiś czas temu odnowiłam model kupując inne cudeńko.
Kuchnia pełna pary, kuchenka pełna wody, i inne takie tam perełki. Koniec końców o 16.00 zjedliśmy w końcu obiad.
Zastanawiam się czy gdybyśmy poszli na ten obiad do matencji to atrakcje szybkowarowe spotkałyby nas jutro czy może udałoby się nam je ominąć?

Młody ma już za sobą wszelkie wpisy, zaliczenia, egzaminy. Został mu do złożenia indeks, umówiony jest na poniedziałek i jak sam powiedział ma wielka nauczkę na przyszłość.
Zasłużył na nagrodę pocieszenia i było nie było zaległy prezent urodzinowy. Bo jakos tak wyszło, że w Chorwacji powiedzieliśmy, że później, w Polsce znaczy się, a potem jakoś to umknęło w ferworze codziennych zmagań. Przymierzaliśmy się do laptopa, bo jednak laptop to nie to samo co stacjonarna bestia. Ja jak zwykle podeszłam do sprawy opornie, bo  kwestii wydawania kasy, której nie ma na koncie to ja jestem zdecydowanie oporna, ale SZM bardzo naciskał i w końcu pojechaliśmy. Młody przeszczęśliwy. SZM też :-)))

Mała w szkole radzi sobie dobrze, ta jedna jedynka to jak już pisałam z czystej głupoty chyba. W każdym razie mamy już ustalone, że niedzielny wieczór spędza w domu i szykuje się do szkoły. Teraz pobiegła do koleżanki, ale ma wrócić o 18.30.

Nie ma mężczyzn idealnych, wiem. Teraz już mi przeszło, ale furia siedziała we mnie jeszcze wczoraj i obiecałam sobie, że to napiszę, tak więc...
SZM miał dwa dni wolnego, znaczy się L4, ale nie był tak cierpiący, żeby nie mógł zrobić obiadu.
sytuacja nr 1
dzien pierwszy - wracam z pracy - w kuchni pusto i zimno. Szlag mnie jasny trafił, ale po cichu i w głębi duszy. SZM bąknął tylko, że mu się zasnęło. OK, szybko coś zrobię. Nie namyślając się długo strzeliłam ziemniaczki, jajko i sos koperkowy uwielbiany przez dzieci i przeze mnie, niestety nie lubiany, wręcz niejadany przez SZM. Nie zrobiłam tego aż tak celowo, złośliwie, ale jakoś tak wyszło. SZM pyta a dla mnie co, bo ja przecież nie lubię. a ja mu na to, że przykro mi bardzo, ale miał szansę na przygotowanie czegoś co lubi, z której nie skorzystał, więc przykro mi bardzo. Uniósł się honorem i zrobił sobie kanapki. Na zdrowie!
sytuacja nr 2
Dzień drugi. Prosto z pracy jadę umyć swoje auto (ależ to fajnie brzmi, prawda?), zatankować i zaraz potem na zakupy, bo w lodówce zrobiło się pusto, a koniec tygodnia przed nami. W międzyczasie gdy ja jeszcze w pracy dzwoni SZM pyta jakie plany na obiad; ustalam, że naleśniki, bo serek i dżem w lodówce jest :-) Nie ma mleka, ale przecież kupię. Wracam z zakupów, jest juz prawie 17.00, dzwonię po pomoc we wniesieniu zakupów do domu, SZM przysyła dzieci (bo taki cierpiący jest?). Wnosimy. Wołam Małą, składamy chłopakom życzenia, bo przecież Dzień Chłopaka. Idę do kuchni i zabieram się za rozpakowywanie toreb. Każdy zajęty jest sobą, a ja w kuchni. Ciśnienie mam podniesione na maxa. Ktoś z nich strzelił pytaniem kiedy w końcu będzie obiad i to był ten moment, kiedy nie zdzierżyłam i powiedziałam po prostu, że na pewno będzie szybciej kiedy ktoś się pofatyguje żeby mi pomóc, a jak do  tej pory każdy zajmuje się sobą i czeka. Ruszył SZM mówiąc pokaż co kupiłaś, a ja coś wymyślę (bo naleśniki nie są jego ukochanym daniem). To się dowiedział, że wymyślać mógł wcześniej (można było któreś z dzieci wysłać po mleko i zacząć już smażyć prawda?), a teraz konsekwentnie realizujemy to, co ustaliliśmy. I koniec dyskusji.

Tak, zołza ze mnie okropna, nie rozumiem chorego mężczyzny
No to se ponarzekałam, po czasie, ale jednak :-)