na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
czwartek, 31 października 2013

Tak umordowana to już dawno nie byłam... I nie zapowiada się bym miała w najbliższym czasie odpocząć...

Niedziela - towarzysko u matencji z okazji przyjazdu zagramanicznej cioci.

Poniedziałek - w pracy gorąco, bo N_C_K na urlopie, więc miałam okazję sprawdzić sama siebie ile potrafię. Dałam radę, ale musiałam zostać nieco dłużej.
Caluteńkie popołudnie i wieczór przesiedziane w poczekalnie u specjalisty z Małą.

Wtorek - w pracy lekkie zawirowania, bo okres wypłaty to gorący czas i poza tym cały czas ktoś coś chce. Więc znowu zostałam nieco dłużej, a zaraz potem pognałam do Miasta_Wojewódzkiego na dworzec odebrać SZM, który wracał ze służbowego wyjazdu.
I do tego caluteńka noc spędzona przed kompem nad korektą pracy Młodego. Zarzekałam się, że ręki nie przyłożę, że niech sobie radzi, ale koniec końców rzuciłam okiem około godz. 21 i tak rzucałam tym okiem i klikałam do białego rana, bo błędów edycyjnych i nie tylko takich, było więcej.

Środa - półprzytomna powlokłam się do pracy, a tam okazało się, że muszę nadrobić to, czego nie zrobiłam w poniedziałek. Ale chyba do końca mojej kariery zawodowej w mojej firmie będę pamiętać o tym, czego zapomniałam zrobić w poniedziałek. Para buchała mi z uszu, ale dałam radę.
Po pracy zdecydowałam się jeszcze na ekspressowe odwiedziny zagramanicznej cioteczki u matencji. Jak się okazało nie było ich w domu, więc wróciłam do domu i padłam spać ok. 19.00

Czwartek - rano jeszcze ostatni rzut oka na pracę Młodego, w pracy roboty mnóstwo, nie wiem czy dobrze robię przechodząc na to przesiadkowe stanowisko... Prosto z pracy pojechałam do empiku - odebrać podręcznik językowy dla Małej, zupełnie przypadkiem zakupiłam sobie buty, zatankowałam auto i pojechałam z Małą na zajęcia języka egzotycznego. Odstawiłam ją na zajęcia a sama wróciłam do Miejskiej_Sypialni zrobić zakupy, a potem znowu po Małą, a potem na bardzo okazyjne domowe ciuchowe zakupy. Wróciłam przed 22 i ledwo zipię.

Piątek - planujemy do południa być na cmentarzu, a po południu już w domu, bo już od obiadu mamy gości (zagramaniczna ciocia). Mam nadzieję, że goście zbiorą swoje szanowne cztery literki o sensownej jakiejś godzinie, bo chciałabym trochę poleniuchować. A od soboty czeka mnie studiowanie, więc z leniuchowania zdecydowanie nici.

I tak to.

poniedziałek, 28 października 2013

SZM na wyjeździe służbowym w stolycy.
A ja spędziłam najpierw mega pracowity dzień w moim prackowie, a potem koszmarne popołudnie i wieczór też (bo wychodziłyśmy o 21.30) w poczekalni gabinetu specjalistycznego gdzie pojechałam z Małą. Szybko mnie tam znowu nie zobaczą, o nie.

SZM
Zdawał sobie sprawę z tego, że przeholował wczoraj zatem dzisiaj był tak zwany dzień dobroci dla Anonimki. Począwszy od co chcesz oglądać w TV, a skończywszy na może pójdziemy na spacer. Niby nic, bo przecież oficjalnie nie przyznał, że coś nie halo było. Nie chciało mi się wdawać w dyskusje więc tylko dyplomatycznie poprosiłam, że na przyszłość jak ma jakieś anse, dąsy, fochy i pretensje to niech rozmawia ze mną, tylko ze mną, a nie zachowuje się jak moi rodzice i wywleka wszystko przy znajomych. Najpierw święte oburzenie, bo jakże i o co chodzi, a potem już dołączyła zwykła litania i hymn pochwalny na moją cześć z cyklu jaka to ja idealna i nieomylna jestem, ideał i doskonałość w jednym ciele po prostu. Nie dałam się sprowokować, bo doskonale wiem, że porównanie go do moich rodziców zapiekło najbardziej bo niejednokrotnie oboje rozmawialiśmy na ten temat negując ich zachowania.

Młody
nie obroniwszy jeszcze traci status bycia studentem, traci wszelkie przysługujące mu ulgi, my jako rodzice już nie możemy go podpinać pod siebie w ZUS-ie, bo pełnoletni i już się nie uczy, więc w swojej pracy musi zgłosić, żeby mu potrącano składkę ubezpieczenia zdrowotnego ZUS, bo jako zleceniobiorca nie może zarejestrować się w Urzędzie Pracy. Ulga na dziecko od listopada też poszła się lotać.

Mała
rozstała się ze swoją sympatią (z MiastaWojewódzkiego). Dojrzała do tego, że to jednak zbyt duża odległość i chyba też wygasło to jej uczucie. Póki co chyba rozstanie było w miarę bezbolesne i dramatu nie ma.

niedziela, 27 października 2013

Młody jeszcze się nie obronił i nie ma widoku póki co na to, by zrobił to szybko. Z tego co mówi on sam to w tej chwili pani dr poprawia w pracy już samą siebie. Przyznam szczerze, że się nie dziwię, bo gdyby do mniej chadzał taki patentowy leń to też bym się nad nim pastwiła aż miło. Może uda mu się obronić w listopadzie, ale to nic pewnego. Póki co formalnie rzecz biorąc z dniem 1 listopada zostaje skreślony z listy studentów.Jego szanse na to, że szybko się obroni i jeszcze wskoczy na magisterkę, która leci swoim torem od 1 października są już raczej znikome.

Źle się ta sytuacja z Młodym odbija na nas, na SZM i na mnie, na naszych relacjach. One i tak nie są zbyt dobre. Dzisiaj mieliśmy gości - Onych, którzy nie byli u nas ze sto lat, a z którymi znamy się jak łyse konie, nawet nie wiem czy nie za bardzo. Wiele razem przeżyliśmy i na wiele możemy sobie pozwolić w swoim towarzystwie. Coś w tych Onych jest takiego, że SZM zazwyczaj z czymś wyskoczy. Dzisiaj przeszedł samego siebie. Cokolwiek bym nie zrobiła, nie powiedziała, cokolwiek co by się ze mną nie wiązało to oczywiście było nie takie jak trzeba. Komentarze SZM rzucane pod moim adresem doprowadziły mnie do furii. Nie cierpię takich sytuacji. Moi rodzice tak się zachowywali, a nawet zachowują nadal. Zawsze w towarzystwie wyrzucali sobie co im tam na wątrobie leżało. SZM wszystko to robił niby żartem, ale ten żart był bardzo cierpki, bolesny, jadowity. Na początku usiłowałam zbagatelizować, ale potem miarka się przebrała, więc po prostu zagrałam w otwarte karty. I nie było miło. Jutro, dzisiaj czeka mnie jeszcze rozmowa na ten temat, bo nie odpuszczę.

Zaliczyłyśmy w tygodniu z Oną fajny wypad na pogaduchy zainicjowany przeze mnie. Umówiłyśmy się na kolejny i już teraz wiem na bank Ona będzie mnie wypytywać o co szło SZM i z czego wzięły się jego cierpkie żarty. A ja zdecydowanie nie mam ochoty na drobiazgową analizę.

Oddalamy się od siebie. Coraz bardziej, coraz mocniej.
Wszelkie niepowodzenia Młodego to oczywiście moja wina, bo jak on chciał dyscyplinować, to ja mówiłam "nie przesadzaj". Bo przesadzał moim zdaniem. Poza tym zazwyczaj w starciach z Młodym dobierał argumenty/szlabany nieproporcjonalne do sprawy/przewinienia. Ale nie można z nim na ten temat rozmawiać, bo się od razu obrusza, bo jak mogę podważać jego zdanie.
Bo ja zawsze wiem lepiej i jestem przecież nieomylna. Tak słyszę za każdym razem gdy się okazuje, że nie zgadzam się z tym co on komunikuje.
Szkoda że sam siebie nie może usłyszeć, jak tonem autorytatywnym wypowiada się na tematy, o których pojęcia nie ma i jeszcze jest w głębokim błędzie, do czego się oczywiście nie przyzna. Kiedyś odpuszczałam, teraz dopytuję, pozostawiając miejsce na stwierdzenie jego błędu/niewiedzy.
Nie spędzamy razem wolnego czasu. Nie mamy wspólnych zainteresowań. Nie oglądamy wspólnie filmów. Coraz mniej nas łączy.
Pierwszy z brzegu przykład - TV. To, co ogląda, co chce oglądać SZM mnie nie interesuje zupełnie. Pingwiny mogę owszem, ale raz na jakiś czas. Generalnie kanał Comedy C mnie średnio bawi, a jego owszem mocno. Strzelanki, naparzanki, horrory, typowe (żeby nie powiedzieć głupie) komedie amerykańskie i filmy kopanki z Jackiem Ch., to zupełnie nie moja bajka. Kiedyś walczyłam jak lwica o dostęp do pilota, a teraz mi się po prostu nie chce. Zabieram się z pokoju i zasiadam przed kompem, gdzie oglądam dokładnie to, co lubię. Sama. A potem słyszę jak on zasypia przed tym TV i chrapie donośnie. Wieczorem kiedy idę spać on się dziwi, że ja już jestem zmęczona, a sam zapomina o tym, że połowę wieczoru przespał.
Bo na dobrą sprawę po pracy SZM calutkie popołudnie, wieczór potrafi przeleżeć na kanapie z pilotem w ręce. Czasem mam wrażenie, że on nie ma żadnych zainteresowań, że wystarcza mu oglądanie tych głupich filmów.
Poszłabym na spacer. Jak ja mam ochotę to jemu się nie chce. Jak on chce to mnie nie bardzo, bo myślę sobie, że nie będę rzucać wszystkiego skoro jemu się akurat zachciało, a ja mam inne plany, bo w domu robotę, nic się samo nie zrobi. Nie wiem czemu :-)
Kiedyś, dawniej, może bym i rzuciła...
Kryzys wieku średniego i kryzys w związku nam się zjawił. Jestem tego w pełni świadoma tylko nie bardzo wiem czy chce mi się starać, by cokolwiek zmienić. Bo nie wiem też czy ta moja druga strona, SZM znaczy się, doceni te moje starania (jeżeli jakieś będą).
Podobno najgorsza jest obojętność. a ja właśnie mam wrażenie, że u nas jest letnio.
Nie gorąco, nie zimno. Letnio czyli chyba prawie obojętnie.

I źle mi z tym.

niedziela, 20 października 2013

Jeszcze nie tak dawno temu gdy tylko trafiało się że SZM wyjeżdżał gdzieś to ja w te pędy organizowałam na szybciora babskie spotkanie. Tym razem odpuściłam temat. Chciało mi się spokojnego weekendu. I taki właśnie był. Spokojny, leniwy, cichy, naprawdę cichy, bo TV grał tylko wtedy gdy ja tego chciałam i nie było zwykle obecnego zagłuszacza w postaci męskiego chrapania.

W piątek Młody pięknie posprzątał mieszkanko (nabija punkty, ale i tak u to niewiele pomoże dopóki się nie obroni), a ja odwaliłam zakupy. Po południu Młody pojechał do pracy. Mała bezpośrednio ze szkoły pojechała do kolegi i wróciła po 18.00. A ja najpierw to, co trzeba czyli jeszcze szybkie pranie i to, czego nie zrobił Młody, potem przygotowałam dla siebie i dla Małej pyszną zieloną sałatę z łososiem i zasiadłam z książką. A jak przyszła Mała to pałaszowałyśmy zieleninę, popijałyśmy napój piwny (którego konsumpcję wspólną obiecałam dziecku swemu sto lat temu) i oglądałyśmy komedię romantyczną Idealny facet. Film generalnie mnie nudził, ale czego się nie robi dla dziecka...:-) Potem Mała poszła spać, a ja z powrotem wsadziłam nos w książkę. I skończył się piątek.
W sobotę nic nie musiałam. Dzieci miały swoje zajęcia, a ja wolne :-) Jakie to było piękne! Caluteńki dzień w ciszy, prawie bez włączonego TV, z książką w garści. Poezja! Tak się rozsmakowałam, że czytałam do późna.
A w niedzielę z rana wrócił SZM. Nie powiem, że mi z tym źle, bo to nieprawda, bo stęskniłam się za SZM, ale bardzo mi się przydał taki wolny weekend. Naprawdę.

wtorek, 15 października 2013

Setny wpis powinien chyba być jakiś extra...

Niestety nie mam nic ekstra do napisania.

Martwię się sobą, moje ciało zawsze było mi posłuszne, ale jak widzę i patrzę to ono się wzięło i zbuntowało.
Po pierwsze waga - ona sobie a ja sobie. Przybrałam i nie daję rady zrzucić. Szlag!
Po drugie - zmiany stosowne do wieku czyli hallux. Nie wiem czy nie przesadzam, ale boli mnie ta konkretna kostka. I mam wrażenie, że rośnie. Właśnie dlatego, że boli. A jak przypomnę sobie stopy mojej babci to boli mnie jeszcze bardziej. Szlag!
Po trzecie - od kilku dni silny obrzęk obu nóg. Tak, że aż piecze. Niewydolność żylna znaczy się. Najprawdopodobniej. To też zmiana stosowna do wieku, żeby nie powiedzieć zmiana starcza. Szlag!

No to wpis mi wyszedł rzeczywiście extra...

Jak nie ma weny to strzelam wpis z serii ku pamięci:-)

W temacie lektur - wczoraj dla odpoczynku od różnych oblicz Grey'a zabrałam się za Testament J. Grishama. A trzeci tom Grey'a już leży i czeka :-)

Dzisiaj pogoda cudeńko, więc zaraz po pracy... nie, nie poszłam na żaden spacer tylko zabrałam się za mycie okien, zmianę firan i zaraz potem czyli wieczorkiem przy prasowaniu stosu zaległego prania zafundowałam sobie wieczór z kinem polskim. Najpierw Oszukane, a potem Układ zamknięty. Pierwszy mnie wzruszył do łez, serio! A drugi mnie poraził. Masakrycznie. Przeraża mnie świadomość, że tak było i że sprawcy wciąż zajmują stanowiska i to nie byle jakie, bo zaufania publicznego. Polecam obydwa. Bardziej chyba ten Układ... gdybym tak miała już wybierać...

I ani się człowiek obejrzał, bo przecież się zaoglądał w filmy to nie widzi, że czas płynie, a tu grubo po północy już. Więc mykam do łóżka! Pa!

niedziela, 13 października 2013

Nie ciągnie mnie do pisania. Zanik weny twórczej nastąpił.

Dwa tomy Greya zaliczone. Nie zachwyca mnie, ale ciągnie by czytać dalej. Czyli coś w tym jest.

Weekend, weekend i już po. Pogoda był śliczna, ale na spacer nie udało nam się wybrać. Tacy jacyś nieruchawi jesteśmy. W piątek goście u nas, w sobotę my w gościach, dzisiaj zalegliśmy w domu. Rano w kuchni przy okazji robienia obiadu wzięło mnie na porządki na szybko. Wyszorowane wszystkie blaty, stojące sprzęty i patelnie w liczbie czterech (od maleńkiej do tej wielkiej). Potem obiad, a potem to już mi się nie chciało ruszyć ani ręką ani nogą.

Akapit w temacie SZM i ja:
Emocjonalnie między nami chłodno. Teraz już niby cieplej, ale do określenia pod tytułem naprawdę ciepło brakuje i to sporo. Sama nie wiem co się dzieje. Nie wiem na ile w tym mojej winy. Dopadł mnie syndrom pod tytułem nie chce mi się, odpuszczam, nie warto kruszyć kopii. Sporo rzeczy mnie drażni, ale nie wszczynam niczego, żeby nie naprężać emocji, nie prowokować ostrych dyskusji. Po prostu najzwyczajniej na świecie nie chce mi się. Ale źle mi z życiem w takiej letniej temperaturze.

Zaliczona wizyta z Małą u specjalisty celem zbadania kompetencji i predyspozycji zawodowych. Czyli jaką szkołę wybrać? Na pierwszej wizycie okazało się, że Mała wycenia swoje zdolności na cztery w skali 1-6, gdzie 6 to max. Jest to zdecydowanie zaniżona samoocena i byłam nią szczerze zdziwiona. I teraz z perspektywy tych kilku dni nie wiem czy to faktycznie trafna diagnoza, czy może po prostu dziewczę jest skromne i nie nawykłe do chwalenia samej siebie, jak to określił SZM. Faktem jest, że pierwsza wizyta została poświęcona temu, by pokazać Małej, że ma naprawdę duży potencjał. Kolejna przed nami.

wtorek, 08 października 2013

Calutkie 12 godzin spędziłam dzisiaj w prackowie.
Czasami sobie myślę, że gdybym miała drugi raz się decydować na tą pracową przesiadkę to chyba bym się nie zdecydowała. Dobrze mi było w starym miejscu, cicho, spokojnie, bez sensacji, rewelacji, w dobrym towarzystwie, bez obciążeń, odpowiedzialność - owszem, ale trzeba by się mocno postarać, żeby cokolwiek spierniczyć. Nowe miejsce to nowe wyzwania, duża odpowiedzialność, towarzystwo raczej średnie mimo że bliżej świecznika, ale zdecydowanie większy młyn i chroniczny deficyt czasu. Z tym czasem to sprawa jest raczej względna, bo N_C_K ma go wciąż w nadmiarze, a ja która usiłuję ogarnąć to burdello-bum-bum, które ona zrobiła, nie bardzo wiem w co ręce włożyć.

Ech...

niedziela, 06 października 2013

Powtórka z rozrywki czyli znowu ognisko.
Prawie ten sam skład. Prawie, bo SZM zdecydował, że zostaje w domu, bo łapie go przeziębienie. Nie jestem przekonana na ile źle się czuł, a na ile miał świetną wymówkę, ale przechodzę nad tym do porządku dziennego, bo moje zastanawianie się niczego nie zmieni.Przyznam szczerze, że mnie też nie bardzo chciało się iść, ale zmusiłam sama siebie i dotarłam. Było miło, sympatycznie, ale... No właśnie to ale. Złapałam się na tym, że chyba już odwykłam od małolatów, albo też ta konkretna małolatka wytrącała mnie z równowagi. Ja rozumiem, że dzieci to nasz narodowy skarb, ale... Jestem może z tak zwanej starej szkoły rodzicielskiej, ale moim zdaniem to nie dziecko (III klasa szkoły podstawowej) powinno wieść prym na imprezie; dzieciak nadaje ton, przerywa w połowie, domaga się uwagi wszystkich, strzela focha za brak tej uwagi i takie tam inne. A rodzice na takie dictum nic, echo, brak reakcji, znaczy wsio OK. Był też drugi dzieciak (VI klasa), ale takich objawów u niego nie zauwazyłam. Nie wiem może ja przesadzam, ale tu bezgłośnie powiem, że mnie to DRAŻNIŁO i to na maxa.

W piątek zakupowo zaszalałam, bo samolubnie uznałam, że muszę mieć nową kurtkę zimową, bo stara zrobiła się po prostu przyciasna. Pomijam kwestię, że ta stara ma już lat chyba 4 więc... Nie mam pojęcia dlaczego sama przed sobą się tłumaczę. Tak już mam, że ciężko mi wydawać kasę na siebie, muszę dojść do jakiegoś momentu, ściany, punktu i wówczas dopiero czuję imperatyw kupna. To był chyba najszybszy mój zakup. Wieczorem poprzedniego dnia oglądałam w necie co też mój ulubiony sklep ciuchowy ma w ofercie, a w piątek po prostu weszliśmy, przymierzyłam, zdecydowałam, że ok niech będzie i tyle. Na pewno działałam tak też pod wpływem SZM który nie lubi snuć się za mną po sklepie. Bo jak sama kupuję to zastanwiam się chyba z pół godziny, potem rezerwuję, lecę po innych okolicznych, sprawdzam czy nie ma czegoś tańszego, lepszego a potem i tak wracam po to, co zarezerwowałam. Tak już mam. Podsumowując mam kurtkę, która mi się podoba i to w tym wszystkim chyba idzie.

Wyżywam się w kuchni nadal. W sobotę jedliśmy gołąbki, i dzisiaj też obiadowo nie błysnęliśmy, bo trzeba je było dojeść. Strzeliłam za to na pierwsze zupę krem z brokułów według własnej inwencji. Same warzywa, zero mąki, delikatnie czosnkowa, z kleksem śmietany, prażonymi ziarnami słonecznika i obficie posypana zieloną pietruchą. Smakowała :-)

Wczoraj serwowałam ciacho na ognisko, dzisiaj po obiedzie takie samo dla nas. A potem z rozpędu piekłam chleb, ale z gotowej mieszanki, która już od dłuższego czasu kłuła mnie w oczy i wołała zrób coś ze mną, bo tu stoję i stoję. No to zniszczyłam ją piekąc chleb. Jeszcze jest gorący.

Nie wiem czy to dlatego, że w pracy teraz pracuję przy komputerze, czy z innego powodu, ale jakoś nie mam teraz parcia do bloga. Do kompa domowego konkretnie. I stwierdzam, że mam o wiele więcej wolnego czasu.

Skończyłam książkę i przyznam szczerze, że jednak chce mi się doczytać kolejne części, ale nie ze względu na jej zawartość erotyczną, tylko z czystej ciekawości pod hasłem "co dalej?"

 
1 , 2