na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
sobota, 17 października 2015

taka sytuacja po raz kolejny:

Mała: mamuś, idziemy (tu wpisać dowolnie kino, teatr, basen itp.) o której mam być domu?

Negocjacje kończą się zazwyczaj w okolicy godz. 21.00, czasem 21.30, raz chyba 22.00. Zadowolona i usatysfakcjonowana z negocjacji młodzież wychodzi z domu. Średnio ok. 19.00 - 20.00 - dostaję sms-a "wracamy do domu". I potem mi mówią, że nie ma sensu się wałęsać tu i tam, że pogoda nie taka, że coś tam innego... i leiej wrócić do domu.

Jak widać Małej wystarczy świadomość że może dłużej :-)

:-)))

Czasowo ostatnio gonię w piętkę i nie wyrabiam, a jak już łapnę troszkę wolnego to upajam się nicnierobieniem. Do pisania mnie nie ciągnie, aczkolwiek niejdnokrotnie łapię się na myśli, że chciałabym to czy tamto zapisać, żeby nie umknęło, nie uleciało. A jak już najdzie mnie na likwidację bloga to żal mi i zawartych tu znajomości i tego wielkiego kawałka mojego życia, który tu siedzi. I tak to klikam sporadycznie. Może zmieni się to w momencie kiedy będę już w swoim pokoju i przy swoim biurku i będę robić swoją robotę. Może.
Pracowo jest prawie OK, aczkolwiek mogłoby być lepiej. Bo sytuacja jest skomplikowana. Gwoli wyjaśnienia. Przygotowuję się do zmiany stanowiska pracy. Kompletnie inna bajka niż moja dotychczasowa. W międzyczasie podczas tzw. mentoringu i zapoznawania się z nowym, wyszła potrzeba zastąpienia zaciążonej koleżanki przy innym biurku, z nieco innym zakresem obowiązków, ale w centrum pola walki. W kolejnym międzyczasie przyjęto na chwilkę "gwiazdkę", która miała mnie zastąpić przy tym biurku, a ja spokojnie mogłabym ciągnąć swój temat. Problem w tym, że "gwiazdka" też zaciążyła. Zatem siedzę przy tym obcym sobie biurku, przyzwyczaiłam szefostwo do swoich (nieskromnie powiem wyższych niż dotychczasowe) standardów i usiłuję ogarniać temat swojego odległego biurka, przy którym wciąż siedzi N_C_K. Siedzi to dobre określenie, bo robi tylko to, co musi, ale w gruncie rzeczy jej się nie dziwię.  No i od stycznia zostaję sama na swoim biurku, z zaległościami o których wiem już teraz, ale nie jestem w stanie pracowac na dwa biurka i nadrabiać zaległości. Stres mnie zżera już teraz. Fajnie mam, prawda?
Domowo jest chyba lepiej. To znaczy SZM powoli oswaja się z myślą, że bieganie to moja nowo odkryta pasja. Usiłuję tłumaczyć mu i dawać do zrozumienia tudzież okazje do poznania biegowego środowiska, ale z jego strony nie ma chęci. Powtarzam zawsze, że on musi po pierwsze chcieć. Nie ukrywam, że sama siebie przyhamowuję nieco w aktywności biegowej. Usłyszałam już od SZM, że on rozumie, że ja biegam, ale po co angażuję się w te wszystkie biegi. Widzę, że się facet stara i jak już trafi, że mam wolne to organizuje jakieś atrakcje np.  wycieczkę, a ja nie odmawiam bo nie mam odwagi, a poza tym fajnie jest gdzieś razem pojechać. Cierpnie mi tylko skóra na grzbiecie gdy on rzuca propozycję, a ja wiem, że odmówię, bo mam bieganie :-)
Bieganie treningowe jest superzaste, a te biegi czyli tzw. zawody to dla mnie taka wisienka na torcie. Jedziemy wszyscy razem, sporą grupą, wspieramy się wzajemnie i to jest naprawdę wspaniałe. Głowę daję, że gdyby nie ta grupa, ci ludzie to nie miałabym takiej frajdy z tego biegania. Fajnie jest biegać samej, ale w grupie  biega się więcej, szybciej, mocniej i na pewno weselej. A kalendarz biegowy mam dosyć zapełniony :-) Czasowo muszę być bardzo zorganizowana, bo treningi to dwa, trzy razy w tygodniu po ok. 1,5 godziny plus weekendowe zawody od rana do ok. 13,00. Sporo czasu. Ale dla chcącego ... :-)
No i najważniejsze - waga, a nawet nie waga ile figura. Waga startowa mojego biegania to 85 kilogramów i wówczas już dzwon Zygmunta bił na alarm, zrób ze sobą coś kobieto, bo się wkrótce będziesz toczyć. Teraz wchodzę w ciuchy, które nosiłam gdy kilka lat temu mocno zeszczuplałam i wówczas ważyłam 67 kg. Z tą drobną różnicą że rozmiar mi się zmniejszył sporo, ale waga obecna to 74 kg. Bo mięśnie są bardziej zwarte niż trzęsący się tłuszczyk :-) I wiecie co - lubię na siebie patrzeć w lustrze. Serio.
Młody - w dalszym ciągu singiel, ma tam jakąś koleżankę, z którą podobno "się fajnie rozmawia", ale na nowy związek to on nie jest jeszcze gotowy, tak mi powiedział. I tej koleżance też. Zabrał się do pisania pracy mgr. Mam tylko nadzieję, że nie będzie tak jak z licencjatem. Poza tym bez sensacji.
Mała/Młoda - ma chłopaka i to tak na poważnie. Zaangażowana. A może ja już o tym pisałam, nie pamiętam. Starszy o dwa lata. Uczący się, pracujący, z samochodem, co jest dosyć istotne, bo żeby się z nią zobaczyć przejeżdża w sumie (do i z powrotem) ok. 35 km. Więc on chyba też zaangażowany :-) Da się lubić, aczkolwiek to nie ja mam go lubić, no nie?
Babskie spotkania - na ostatniej imprezie - jedna nawet zauważyła, że mało się odzywałam. Bo brak nam wspólnych tematów. Ot co. Nie, nie wymiksowuję się z tego, bo to fajne, ale widuję się z nimi coraz rzadziej, bo tylko na tych imprezach, a one ze sobą współpracują, więc wiadomo, że widzą się częściej i są ze sobą na bieżąco. Od czasu do czasu mi się przyda takie spotkanie.
Eks-studentki - też mamy takie spotkania, i tam mam więcej jakby do powiedzenia, mam wrażenie, że z nimi jestem teraz bardziej na bieżąco. Mimo, że przerobiłyśmy już temat wczesnej ciąży jednej z córek, dwa wesela [w tym cicha rywalizacja dziewczyn z cyklu które wesele lepsze, większe, czyja sukienka ładniejsza itp. a wszystko oczywiście nie wprost :)], jeden poród czyli babciowe, a teraz ciążę kolejnej. Są wśród nas jeszcze takie jak ja, z dziećmi w wieku szkolno-akademickim, więc nie nudzimy się :-)
Przedprzesiadkowe towarzystwo pracowe -
tu nasze ścieżki rozeszły się i to bardzo. Nie mamy wspólnych tematów, ani parcia na spotkania. Głównodowodząca trzyma się dzielnie i gadamy równo, aczkolwiek przesrała sobie brzydko mówiąc, u mnie. Bo skoro ja coś mówię do niej i mówię, że tego do SZM nawet nie mówię, a potem ona w jego obecności celowo zaczyna o tym właśnie mówić, to raczej o niej dobrze nie świadczy prawda? A mówi, że to przyjaźń... Ha! Reszta towarzystwa już raczej na odległość. Ta bliskość, która nas łączyła już zanikła. A mnie się chyba nie chce aż tak bardzo starać, a tak na serio to też nie za bardzo mam na to czas, zarówno w pracy jak i po niej. Trochę żal, bo wydawałoby się, że to takie silne... Ale jak powiedziała jedna taka, która była w podobnej sytuacji jak ja, najpierw nie masz za bardzo okazji, albo czasu, a potem to już się nie chce. I to prawda święta jest, niestety.
Matencja i tatencjusz
- coraz bardziej posuwają się w latach, widzę to. Nie mam teraz tyle czasu, więc z automatu rzadziej tam jeżdżę, ale matencja jakby przyzwyczaiła się do tego. Nie biorę już na klatę wszystkich niesnasek między nią a tatencjuszem. Troszkę się oddaliłam. I oczywiście gryzie mnie wyrzut sumienia, że jestem wyrodną córką, że pewnie spotka mnie to samo, że dzieci nie będą chciały ze mną kontaktu, ale nic na to nie poradzę. Za każdym razem gdy jadę tam czuję się jakbym odrabiała pańszczyznę, nie ma w tych wizytach żadnej radości z mojej strony, bo wiem, że prędzej czy później zacznie się relacja z dyskusji, kłótni i narzekanie na tatencjusza. Staram się ją zrozumieć, ale wiem, widzę, że ona też nie jest bez winy, nawet niejednokrotnie wydaje mi się, że to właśnie ona jest gorsza, ale nie odważę się powiedzieć jej tego w trosce o nasze relacje i jej zdrowie.

Naklikałam się dzisiaj na maxa, nadrobiłam zaległości choć troszkę, pozdrawiam jeżeli ktoś tu jeszcze zagląda :-)

środa, 07 października 2015

SZM uszczęśliwił mnie tabletem i pojęcia nie mam dlaczego. Wymyślił jakies cos do naszych faktur i uznał że się to opłaca. Tak więc teraz sobie klikam z tableta. Nie powiem żebym była z tego powodu nieszczęśliwa...

Dopiero go poznaję i oswajam. 

poniedziałek, 05 października 2015

Zastanawiałam się gdzie jest granica cierpliwości mojego męża. Chyba już wiem. Dzisiaj się dowiedziałam, że znowu zaangażowałam się w to bieganie żeby uciekać z domu. Bo inni (patrz rodzeństwo) też biegają, ale nie zapisują się na te różne biegi. Po pierwsze uderzyło mnie określenie znowu. No i już wiem, że znowu bo wcześniej były studia. Dobre. A to że ci inni się nie zapisują to pudło na całej linii, bo jest ten mój szanowny maużonek niezorientowany po prostu.

A generalnie to mnie wkurzył bo wygląda na to że pies ogrodnika. Sam się nie rusza a do drugiego ma pretensje. A jeszcze usłyszałam, że weszłam w grono którego on nie zna, na FB siedzę i klikam tam różne komentarze ludziom których on nie zna i tak dalej i tak dalej... Ręce mi opadli. Nie omieszkałam przypomnieć ile go prosiłam żebyśmy zaczęli na rowerze jeździć i tak dalej. Ile razy zachęcałam, żeby ze mną na trening na rowerze poszedł.

Nie, nie było awantury. To była rozmowa, a nawet monolog prawie że. Straszne to.

A na biegach było super! Mini(!)maraton po centrum Katowic, żółta rzeka biegających :-)