na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze
niedziela, 30 października 2016

W temacie mojego nicnierobienia w pokoju Młodego...
Hmmm, o czym ja to chciałam... :-)
W sobotę do południa SZM i Młody pojechali na cmentarz umyć groby, prosto z cmentarza Młody jechał do Panny i zapowiedział, że nocuje u Panny i wróci w niedzielę.
Mała poszła z rana na jazdę z tytułu kursu prawa jazdy, a potem umówiła się z Kawalerem i pojechali do centrum handlowego szukać kiecki na studniówkę (wstępnie miała jechać z SZM i ze mną, ale wycofaliśmy się z tego pomysłu), potem już mieli zaplanowaną caluteńką sobotę, włącznie z noclegiem Małej u Kawalera.
Więc zabrałam się do sprzątania, bo uznałam że ten ostatni raz zrobię to, ale potem powiem, że mają sobie tak planować weekendy, żeby mieć czas na ogarnięcie swojego poletka. I o ile u Młodego było zakurzone i poprzerastane, o tyle u Małej wszystko lub prawie zrobione, bo z niej to ranny i raczej obowiązkowy ptaszek jest. Ogarnęłam więc calutkie mieszkanie, SZM jak wrócił to odkurzył podłogi. Zrobiłam wszystko za wyjątkiem prasowania, bo już mi się nie chciało i cała sterta piętrzy się na krześle do wysokości oparcia :-)
Mieliśmy więc wczoraj luźną, swobodną niedzielę. TV, filmy, komputer, książka, luz blues. No i jeszcze zdążyliśmy się posprzeczać, ale to chyba norma ostatnio :-)

Dzisiaj dzieciarnia miała się zjechać do domu na obiad. Młody z Panną, Mała z Kawalerem. Kawaler nie dotarł. Z relacji Małej wynika, że zaoponowała mama kawalera. Z mojej i SZM analizy wynika, że przelało jej się nocowanie Małej i powiem to bezkrytycznie, bo też mi po głowie chodziło, to, że za daleko sięga ten ich związek. Tzn. że zaczyna stawać się normą nocowanie i niedzielne obiady. Powiem szczerze, też mi to nie pasowało, uwierało, ale jakoś nie byłam na tyle stanowcza by zaoponować. Potrzebny był mi taki prysznic, nawet mi trochę głupio, że tak późno. Generalnie sprawa nocowania wyszła z tego powodu, że Kawaler mieszka w odległości, dojeżdża co prawda autem, ale tak nas jakoś urobili, że zgodziliśmy się, żeby on nie musiał po nocach jej odwozić. A jak zgodziliśmy się raz to już poszłoooo. Teraz czas odbudować granicę i szlaban.

Bieganie
Biegam cały czas. Co drugi dzień, nie codziennie. Tak przynajmniej się staram. Ostatnio jednak pochłaniam też słodycze. I mimo biegania waga rośnie :-) Wcale się zresztą nie dziwię, bo jem na kredyt w myśl zasady dzisiaj zjem, jutro wybiegam. Tyle że więcej zjadam :-) Ale nie mniej jednak biegam i jestem z siebie dumna :-)
Biegałam początkowo z telefonem i aplikacją Endomondo, a potem ze specjalnym zegarkiem do biegania, który rejestruje wszystkie treningi i przerzuca je też do Endomondo. Ponieważ nadarzyła się ku temu okazja poanalizowałam sobie te wszystkie swoje treningi; gdy zaczynałam to były króciutkie odcinki i masakrycznie wolne tempo.
Pierwszy mój zarejestrowany trening z 22.07.2014 roku to dystans 2,41 ze średnim tempem 8:09/km, kolejny trening na drugi dzień miał tempo 8:25/km :-) Biegałam z Małą, albo sama, ale nieregularnie. A marzyłam wówczas o biegu ciągłym na odcinku dłuższym niż 1-2, a potem 3-5 kilometrów. Pod koniec lutego 2015 zaczęłam biegać w grupie. Pierwszy trening marszobiegowy na dystansie 4,07 km zrobiłam w średnim tempie 10:27/km.
Im niższa cyfra tym lepsze tempo. Rok temu (2015) biegałam już dystanse 5 km i nieco więcej w tempie ok 7:30. W marcu tego roku oswoiłam dystans 10 km na biegowych zawodach w średnim tempie 6:36/km. Przedwczoraj po treningu zauważyłam, że już od dłuższego czasu moje tempo ma na początku cyferkę 6 i nie jest to 6.30 tylko mniej :-) A wszystkie te analizy wzięły się z tego, że moje dwie pracowe koleżusie postanowiły zacząć biegać i zaliczyłam z nimi dwa pierwsze marszobiegowe treningi w zawrotnym tempie 9.15 :-)))

piątek, 28 października 2016

Chciałam tu na chwilunię jeszcze wrócić. Problemy z logowaniem zmusiły mnie do odzyskania hasła, bo stres mnie jadł, że jak to nie pamiętam hasła? Ze sto albo i dwieście lat nie byłam na gazetowej poczcie. Wyobraźcie sobie, że musiałam konto aktywować i moja skrzynka jest kompletnie pusta, nie ma nic. Ani odebranych, ani wysłanych. Na szczęście hasło do blogolandii mi się przypomniało, więc nie ma problemu, ale poczta poszła się paść, jak widać. A żal mi, bo fajne maile tam były. Wzięło i zniknęło. Chyba zacznę poważnie myśleć o archiwizacji blogów, bo póki co ten jak widzę jeszcze istnieje, ale ten pierwszy anonimowy blog internautki, tak się chyba nazywał, zaraz lecę sprawdzić.
...a miałam iść spać.

Tamten blog istnieje. Nie było mnie tam 3 lata. Tak jak pisała Iksińska we wrześniu stuknęło 12 lat mojego blogowania. Dopero jak sama do tego doszłam to zrobiło na mnie wrażenie. Kawał życia.

A jak popatrzyłam sobie na szablony, które kiedyś robiłam to aż mi się łezka w oku zakręciła... Kliknęłam jakiś pierwszy lepszy i trafiłam akurat na ten, gdzie zamiast wzorcowego byle jakiego tekstu wrzuciłam powieść, którą pisał Młody. To znaczy to miała być powieść, bo skończyło sie tylko na tym  tekście.

Tiia... małe dziecko mały kłopot, a moje dzieci teraz są duże to i problemy zmieniają proporcje i gabaryty. Życie.

Młody.
Odkąd zaczął pracę stał się określiłabym to dumny i blady. Trochę go przycięłam, ale zastanawiam się czy jeszcze z nim nie pogadać. Zobaczę. Godziny pracy ma sklepowe, czyli wychodzi rano, wraca wieczorem. W pokoju po jego wyjściu zostaje lekki rozgardiasz, który w jego mniemaniu jest porządkiem. Podobno ja się czepiam, do tej pory wchodziłam i trochę mu tam ogarniałam (pościel, narzuta, kupa ciuchów, kubek, talerzyk po śniadaniu itp.), ale ostatnio postanowiłam nie kiwać tam palcem i niech sam zobaczy jak pokój obrasta. Zobaczymy co z tego wyniknie, będzie mnie to trochę kosztowało, bo ciężko mi jest tak kompletnie nie kiwać palcem gdy wiem, że tam jest burdello-bum-bum. Godziny pracy spowodowały, że teraz kiedy oboje czyli Młody i jego Panna podjęli swoje prace to widzą się zdecydowanie rzadziej. Weekendowo częściej i dłużej się widują, ponadto nocują u siebie wzajemnie więc czas bycia razem im się niejako wydłuża. Ostatnio Młody powiedział nam/mi, że jak już zawiezie sobie garnitur do pracy i tam się będzie przebierał, to będzie mógł również w tygodniu spać u Panny, a ona u niego. Uderzyło mnie to, że on mnie o tym poinformował, nie zapytał, tylko przekazał informację. Powiem szczerze poczułam się trochę jakby mi ktoś wlazł z butami do ogródka, co tam do ogródka, do salonu od razu. Nie omieszkałam zaoponować. Jednakże żeby nie podkręcać atmosfery zwróciłam tylko mu uwagę, że dorosłe życie to do siebie ma, że dokonuje się wyborów, że nie zawsze jest tak jak byśmy chcieli, że do pracy trzeba iść wypoczętym, że takie nocowanie pachnie pomieszkiwaniem i nie wiadomo co na to rodzice Panny. Miałam wrócić do tematu, ale póki co nie wróciłam. A planowałam, nadal planuję powiedzieć, że to powinno być z jego strony pytanie, a nie informowanie nas o tym, to raz, że nie wyobrażam sobie rano jeszcze jednej osoby w kolejce do łazienki, to dwa, że może się okazać, że wszyscy będziemy wychodzili przed Panną i co wtedy? A na klucze do mieszkania dla Panny to ja się nie zgadzam. To jeszcze nie ten etap.
Temat Młodego jest jeszcze do przepracowania w kwestii finansów. Za nami dopiero jedna jego wypłata. Z tej pierwszej kupił sobie garnitur, koszulę, kurtkę. Parę razy, chyba dwa,  zatankował stare auto. Postawił procenty i w zasadzie gites. Jednakże nie padło z jego strony żadne pytanie dotyczące tzw. dokładania się do życia. Nie wymagam tego dokładania się, ale byłoby miło i sympatycznie z jego strony gdyby o tym pomyślał, a nie przyjmował na zasadzie "się należy". Znając jego rękę do wydawania kasiory chcę mu zaproponować, żeby co miesiąc przelewał jakąś tam kasę, a ja mu ją będę pakować na konto, bo sam się na to nie zdobędzie. Czasem samą siebie hamuję w zapędach matczynych, bo to przecież jest dorosły facet. Co z tego, że dorosły skoro zachowuje się jak dziecko...? :-)
W jednej takiej ostrej wymianie zdań, a była taka, kiedy myślałam, że uduszę SZM własnymi rękami, bo zachowuje się jak stary zgnuśniały, stetryczały dziad. No i oczywiście wyrzuca z siebie zdania, których waga jest niewspółmierna do sytuacji, za którymi idą konsekwencje, których nie da się zapomnieć i które nie są fajne. I prowokują. "Jak się nie podoba to się wyprowadź". Dla mnie takie słowa to jak woda na młyn. A potem jeszcze mi się wypiera, że on nic takiego, że ja wymyślam... No i padło z ust Młodego, że w maju (pojęcie nie mam dlaczego akurat w maju) się wyprowadzi, a do maja będzie mu, SZM znaczy się, płacił za mieszkanie. Rzucone w nerwach, stresie, ale padło. A przecież nie o to nam chodzi. Ale ciekawam jak się rozegra akcja, i czy jakakolwiek będzie, po jego wypłacie.
Z auta chętnie skorzysta, ale tankowanie boli. Do tej pory tankowaliśmy my, a on miał dbać o czystość. Po jego wypłacie uznałam, że paliwo do auta to jego sprawa jeżeli jeździ on. Do pracy jeździ autobusem, bo taniej, ale do Panny woli autem, bo szybciej i wygodniej. Podczas naszej weekendowej nieobecności coś mu tam w sobotę w aucie zaczęło stukać pukać i już w niedzielę go nie ruszał. Przekazał mi (pomijając, że dzwonił od razu do SZM), że coś tam jest nie tak i "trzeba do niego zajrzeć". No trzeba. I auto stoi do dzisiaj. Fakt, że cały dzień go nie ma, ale tematu też nie ma. Nawet się nie odzywam, że jestem już umówiona z mechanikiem, bo nawet jak już będzie przejrzane, bo i tak miało być, to też się słowem nie odezwę :-)

No i to chyba tyle w temacie Młodego...

Mała vel Młoda
w temacie finansów jest zupełnie, ale to zupełnie inna. Ona boleje nad tym, że ma tylko kasiorę od nas, a bardzo chętnie podjęła by jakąkolwiek inną by nic już od nas nie brać. Ale to nie finansach chciałam...
Podczas rozmowy na temat miesiączki gdy zapytałam "w ciąży nie jesteś?" zazwyczaj moja córka odpowiadała pewnym tonem "nie, nie jestem". Tym razem usłyszałam "nie powinnam być". No i pozbierałam paszczękę z podłogi... I teraz mam stresa, bo w temacie tej miesiączki co to była długa i obfita, ale nieco inna niż zwykle, to raz. Bo Młoda prosi o termin u gina, bo "pan doktor sam powiedział, że za pół roku do kontroli", to dwa. Bo chyba wolałabym tego nie wiedzieć. Sama nie wiem. Bo teraz żartem powiedziałam że ma szlaban na nocowanie u Kawalera, a ona mi cała pąsowa powiedziała, że to nie było podczas nocowania. Nie miałam czasu i okoliczności, tak się złożyło, na szczegółowe śledztwo, więc póki co nic więcej nie wiem. No i zżera mnie stres czy aby na pewno wszystko jest ok. I w głębi duszy ja wznoszę błagalne modły, a Młoda nawet chyba o tym nie myśli, bo jak mi powiedziała "nie powinnam, bo przecież biorę tabletki (to wiem), a są jeszcze gumki, no nie?". No i chwała im za te "gumki", ale stres mnie i tak zeżera, nawet jej tego nie mówię. A kolejna miesiączka ma być za dni 10. No i najważniejsze - SZM oczywiście jest w tym temacie kompletnie nieświadomy. A jak przyjdzie co do czego to i tak już wiem, że wszystko to będzie moja wina, bo przecież "to ja jestem matką" (ostatnio często to słyszę) :-)

...a teraz idę spać. Dobranoc.

wtorek, 25 października 2016

Zaliczony fajny wypad w Beskidy, w miłym towarzystwie. Pogoda się nawet dostosowała, bo początkowo jakoś marnie to wyglądało, ale w efekcie końcowym było naprawdę fajnie. Ośrodek całkiem ok, dla mnie główną atrakcją miał być basen, a okazało się, że jeszcze było tam spa. Zaszalałyśmy i skorzystałyśmy. Wstyd się pewnie przyznać, ale pierwszy raz byłam na takim zabiegu na ciało w spa. Masaż relaksacyjny, przez bitą godzinę... Było bosko, odlotowo...

Dzieciarnia rządziła w domu sama. Jakoś za nami nie płakali :-)

czwartek, 13 października 2016

Kiedy dostałam przesiadkową propozycję w pracy bardzo mnie ucieszyła możliwość blogowania w pracy :-) Tak się składa, że czynię to sporadycznie. Dzisiaj nadrabiam zaległości. Nie wiem jak długo uda mi się popisać, ale będę próbować.
Miało być o wakacjach...

Wakacje 2016
Tak, pierwszy tydzień nad morzem, w maleńkiej miejscowości, w pobliżu większej, blisko szlaków rowerowych. Nastawiłam się na rowerowanie. Nie mieliśmy kompletnie pomysłu na ten pierwszy tydzień, a nie miałam już siły do wyciągania SZM na rower i zaproponowałam wyjazd z rowerami na wakacje. Wiązało się to z dodatkowymi kosztami, bo bagażnik na rowery sam się nie kupił. Niestety nie udało mi się nakłonić SZM do tego, by się choć trochę rozjeździł. W efekcie na rowerach byliśmy DWA razy, na sześć dni pobytu. Jeżeli o mnie chodzi to mogłabym w zasadzie cały czas spędzić na rowerze, bo na lody czy na obiad do większej dziury niż nasza było raptem 4 km i to powiem szczerze pryszcz, zwłaszcza lasem, ale SZM zdecydowanie bronił się przed namiarem wysiłku. Wiecznie coś mu było, jakaś niedogodność się znalazła w każdym momencie, na zamówienie wprost. Wewnętrznie byłam na niego tak wkurzona, że musiałam się bardzo, ale to bardzo pilnować, żeby nie wybuchnąć. Nie było to fajne. A pogoda była zaiste rowerowa. Cóż...
Drugi tydzień to był wyjazd bardzo aktywny, zorganizowany, w fajnym towarzystwie, w górach. I bardzo dobrze, że w fajnej dużej ekipie, bo chyba bym go własnoręcznie ukatrupiła gdybyśmy byli tylko we dwoje, bo rozdrażniona byłam już tym pierwszym tygodniem. Ale cóż nie ma co rozdzierać szat, było minęło...

SZM
Ręce mi opadają jak patrzę na tego mojego SZM, brak mi już argumentów i siły by motywować go do czegokolwiek. Jedzenie nadaje jego życiu sens i tylko to się liczy. Gdziekolwiek idziemy, jedziemy wazne jest co będzie do jedzenia. Bosze, ja czasem zjadłabym chleb z masłem i popiła mlekiem, a on nie, musi mieć coś, na co ma ochotę. Szlag mnie jasny trafia, bo te jego ochoty to są zazwyczaj kaloryczne na maxa, a spalania kalorii nie ma wcale. Obrasta i obrasta. Czasem to aż mnie szlag trafia że się tak zaniedbał. Uderzam w rózne tony; emocje (zrób to dla mnie, pokaż że się starasz, że o siebie dbasz), estetykę (zobacz jak wyglądasz, nie widzisz się w lustrze), zdrowie (serce w pewnym momencie nie wytrzyma), aż po żart czy też drwinę sama już nie wiem (staruszek-dziadek się z ciebie robi). Nie działa.
Z drugiej strony jak analizuję i samej sobie tłumaczę jego zachowanie to rozumiem że pracę ma siedząca, odpowiedzialną, w robocie stres maksymalny łącznie z obawą co będzie dalej, bo w firmie non-stop rewolucje, zmiany i cięcia. Siedzi tam od rana do wieczora, jak wróci do domu to jest 18-19, po całym dniu nic już mu się nie chce. Chciałabym żeby tylko zaczął, bo jak zacznie cokolwiek robić to się zaszczepi ruchem i powinno już działać :-)
I te nasze relacje takie a nie inne z tego właśnie się biorą, bo różne mamy oczekiwania, teraz już formy spędzania czasu wolnego. Bo mnie wystarczy pójść na spacer do naszego lasu, a on jak już spacer to musi jechać GDZIEŚ. Moim zdaniem szkoda czasu i pieniędzy, bo ruch można mieć w zasięgu ręki, ale to u niego nie działa.
W najbliższym czasie szykuje się fajna impreza biegowa, w której bierze udział mnóstwo ludzi z mojej grupy. Obiecał, że pojedzie ze mną. Sama nie wiem czy tego chcę, powiem szczerze :-) Bo będę między młotem a kowadłem, jego samego nie zostawię, a boję się, że z nim nie będę miała takiej frajdy jak zwykle. Swoją drogą ciekawam czy się nie wycofa. W maju też miał jechać z nami, w efekcie pojechała tylko Mała. We wrześniu niby chciał, ale jak były zapisy i rezerwacje to nie chciał więc miejsca dla niego nie było, ale cały czas gadał, że jedzie, w końcu powiedziałam mu otwartym tekstem, że zepsuje mi wyjazd, bo nie chce się integrować z grupą, więc nikogo nie zna, a ja jadę/jechałam tam, żeby z nimi mieć fajną imprezę biegową. Po powrocie zapowiedziałam, że za rok jedzie ze mną, ale to trzeba załatwiać zdecydowanie wcześniej a nie tuż przed samym wrześniem.

no to się wyklikałam... Czas wrócić do pracy :-)

poniedziałek, 03 października 2016

Przepraszam za takie długaśne milczenie. Nawet nie wiecie jak miło mi się zrobiło gdy zobaczyłam Wasze komentarze. Dziękuję za troskę :-)
Wypadałoby nadrobić szybko zaległości... Od czego by tu...?

Sytuacja w naszym małżeństwie jakby z lekka się poprawiła. Nie ma szału, ale jest lepiej. Na rozmowę, wyjaśnienia i rozdrapywanie ran się nie odważyłam. Było kilka spięć, ostrych słów, ale bez przeginania pały. Sama widzę, że jest lepiej, lżej jakby.
Dzwonek mi zadzwonił w głowie kiedyś gdy SZM zadzwonił z pracy i zaproponował, że skoro dzieci nie będzie (co zdarza się coraz częściej) to może sobie gdzieś pojedziemy na obiadokolację, ja się zgodziłam. A potem przyszło mi do głowy, że być może on też ma dość i to będzie ta chwila gdy mi powie właśnie, że dłużej nie da rady. I pamiętam to okropne uczucie. Nic takiego nie nastąpiło, ale pamiętam je. Brrr...

Moi rodzice zaliczyli rocznicę ślubu. 50. Nie zdecydowali się na imprezę z tej okazji. Bo i świętować wbrew pozorom chyba nie mają czego. Zazwyczaj ignoruję ich rocznice, nawet to matencji powiedziałam, ale takiej bardzo okrągłej to już nie mogłam. Należało im się cokolwiek prawie z urzędu, choćby medal za ofiarność i wytrwałość :-) Zabraliśmy ich razem z rodzeństwem do knajpy na obiad i pyszny tort. Samo to wyjście było dla nich atrakcją, bo na co dzień nie chadzają po restauracjach. Myślę, że byli zadowoleni, bo my na pewno tak:-)
Nawet się zastanawiam czy nie wprowadzić takiej tradycji na inne uroczystości pt. urodziny na ten przykład, bo mamy straszny problem z kupowaniem im jakichkolwiek prezentów, a tak byłoby prosto - dostaną w prezencie fajne wyjście, poczują się gośćmi, otrą buzie i wyjdą do domu. Ale to kwestia przyszłości.
Wewnętrznie gdzieś tam w środku bardzo się spinałam i stresowałam tak na zapas czy oni aby dożyją do tego dnia. Nawet nie o obojgu myślałam, tylko jakoś mi się ubzdurzyło, że Tatencjusz może mieć problem. Na szczęście wszystko poszło ok. Dzisiaj co prawda matencja dzwoniła, że on ciśnienie ma wysokie, że bóle i zawroty głowy, nudności, ale jak zwykle o szpitalu można zapomnieć, bo po tabletce już mu przeszło i po co ta panika. Ręce opadają.

Młody. Dostał pierwszą wypłatę. Póki co jest cały czas w fazie szkoleń, ale za szkolenia też mu płacą. Pierwszy miesiąc pracy więc już za nim. Trochę go musiałam utemperować, bo zrobił się strasznie ważny. Ważniak jakich mało, prychał i prychał, czuł się jak maggi w zupie. Nawet tatencjusz zwrócił uwagę na jego zachowanie. Przypuszczam, że Młody poczuł się ważny i dorosły, bo przecież jest człowiekiem pracującym. Z lekka go wyprostowałam. SZM też się przyczynił, ale on jak to on, w swoim stylu, dyktatora znaczy się. Osobiście się nie zdziwię jak do roku czasu Młody się wyprowadzi. Bo ja na jego miejscu też bym chyba chciała, to raz. A poza tym jak facet ma 25 lat to już ma pełne prawo. To dwa. Złapałam się na tym, że chcąc odświeżyć meble i pokój Małej/Młodej pomyślałam sobie że może jeszcze troszkę poczekam, bo gdyby on  tzn Młody się zdecydował na zmianę czyli wynajęcie swojego mieszkania, to wówczas do jego pokoju wprowadzi się Mała, a my będziemy w końcu mieć sypialnię :-) Potem jednak pomyślałam sobie, że może jednak lepiej nie planować, bo różnie to bywa... :-) Bo gdzie mu będzie lepiej? :-)
Związek Młodego trwa. Jego dziewczyna robi doktorat i załapała się na jakieś godziny na uczelni przy tym doktoracie. Tak więc widoki na przyszłość jakieś mają.

Mała vel Młoda - uczennica klasy maturalnej :-) Stres maturalny złapał ją pod koniec wakacji i zdecydowała się na korepetycje z matematyki. Pojawił się u niej też plan B na studiowanie. Do tej pory wymyślała tylko plan A, który wydawał mi się raczej mało realny biorąc pod uwagę limit miejsc na danym kierunku.
Młoda robi prawo jazdy. Ciekawa jestem jak jej pójdzie zdawanie :-)
Całe wakacje niczym desperatka szukała pracy, bo założyła sobie, że zapracuje na swoje pierwsze pieniądze. Udało się jej popracować. Teraz wymyśliła sobie pracę w weekendy. Odradzam jak mogę, bo to jednak klasa maturalna, powinna mieć inne priorytety, ale ona chce i wie lepiej. Na szczęście póki co nic nie załatwiła :-)
Związek Małej/Młodej również trwa. Jestem pełna obaw co to będzie dalej, bo chłopak zaczyna studia, a tam wiadomo nowi ludzie, nowe środowisko. Boję się za nią i o nią, tak na zapas, już teraz. Dziewczyna Młodego nie zachwyciła mnie tak na sto procent na wejściu i ciężko mi powiedzieć co mi w niej nie pasuje, nie pasowało, i pewnie dlatego utwierdzam się w przekonaniu, że to właśnie będzie TA :-), o tyle sama nie wiem co myśleć o chłopaku Małej/Młodej. Bo raz go lubię, a raz mnie drażni. Ale to przecież sympatie moich dzieci, a nie moje, to im się ma z nimi dobrze układać, to im mają pasować. Taaa, ciężkie jest życie teściowej :-)

W pracy ostatnio mam taki okropny nawał zajęć, bo zbyt wiele spraw dodatkowych się nałożyło, że gonię w piętkę. W piątek wychodziłam tak zmęczona tymi ostatnimi tygodniami, że aż mi w głowie szumiało. Za szybko, za dużo, za mocno, przycisnęłam trochę i jest lepiej, ale dodatkowe pozapracowe obowiązki skończą się dopiero z końcem roku... Do tego w domu czułam, że nie ogarniam tematu, że wszystkie sznurki mi się rozsypują i plączą. Nawet na bieganie nie miałam siły, ani ochoty, odpuściłam kilka ostatnich treningów. Ale mimo wszystko na Mini Silesia Maraton RMF FM znalazłam czas. W piątek do pierwszej w nocy ogarniałam chałupę, pół soboty to był bieg, a drugie pół ciąg dalszy ogarniania i popołudnie z żelazkiem i stertą prasowania. Dzisiaj to był dzień domowej papierologii i teraz czuję, że jest w miarę ok, że wypłynęłam na powierzchnię. Że nad czymkolwiek panuję :-)

A rano dzisiaj, to znaczy w niedzielę, obudził mnie zapach pieczonego mięsa, bo SZM już działał w kuchni w temacie niedzielnego obiadu. To było miłe... I jak tu się na niego złościć...

Zaliczyliśmy ostatnio wypad do wrocławskiego ZOO. Polecam szczerze!

A jutro po południu czeka mnie wizyta z Młodą u specjalisty, pewnie cały wieczór tam spędzimy w poczekalni :-(

No i chyba tyle u mnie w temacie nadrabiania zaległości. I dzisiaj pewnie już nie zdążę do Was pozaglądać, bo późna pora a rano trzeba wstać...

Jeszcze chyba nie pisałam jak było nam na wakacjach, ale to już następnym razem.

Dziękuję tym wszystkim, którzy tu jeszcze zaglądają :-)