na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze

codzienność A.

wtorek, 19 czerwca 2018

Mała
związek Małej przezywa kryzys od jakiegoś już czasu. Dokładnie rzecz biorąc to Mała ma kryzys :-) Dali sobie na wstrzymanie. Postanowili na jakiś czas zluzowac. Z tego co wiem rzadko kiedy po okresie luzu para schodzi się razem, ale niech mają. To decyzja Małej, bo Kawaler się zgodził, ale chyba za wiele nie miał do powiedzenia. Podobno już kilka razy tak proponowała, ale jak sama powiedziała Kawaler prosił by dała im jeszcze szansę, no to dawała. z jednej strony żal mi bo się przyzwyczaiłam do Kawalera, bo fajny, miły, sympatyczny, rozsądny, zaradny i Mała była zaopiekowana ;-) Z perspektywy rodzica było mi bardzo wygodnie. nie ukrywam :-)

Młody
mieszka wciąż z nami, póki co temat przeprowadzki ucichł. Zastanawiam się czy chwilowo czy na dłużej :-)

SZM
to dzisiaj szczuplasek, który od września 2017 do dzisiaj zgubił 30 kg. Roweruje, zdrowo się odżywia, zrobił się aktywny, nieco pogodniejszy. Jest lepiej ;-)

Nic więcej nie wyklikam, bo zbieram się do domu. Miłego popołudnia! I fajnych emocji w Waszych strefach kibica :-)

wtorek, 12 czerwca 2018

Mam niejako wolne, bo SZM w delegacji na drugim końcu Polski, wraca w czwartek.
Planowałam co innego, a wyszło co inne, czyli jak zwykle :-)
Po pracy pojechałam do matencji. Sto lat już u niej nie byłam. Nadrobiłam zaległości i swoje wyrzuty sumienia.
Za każdym razem gdy ją zlewam, nie jadę, nie słucham, nie jestem wystarczająco dobrą, grzeczną córeczką (oczywiście w moim własnym mniemaniu) mam zaraz wrażenie, że karma wróci i tak samo źle (?) będą mnie traktować moje własne dzieci.
Coś ze mną jest nie tak, bo nie potrafię być taką grzeczną serdeczną córeczką, nie wiem, nic na to nie poradzę, za każdym razem obiecuję sobie, że się postaram, zagram, przemyślę, a potem wystarczy kilka tekstów matencji i się wewnętrznie jeżę. Staram się obracać wszystko to w żart, już nawet jej powiedziałam, że w telefonie mam zamontowany czujnik i jak za dużo będzie nadawać na tatencjusza to limit się wyczerpie i połączenie zostanie przerwane :-)
Przesiedziałam u niej 3 godziny. Miałam w planie iść wieczorem na trening pobiegać, ale raz że się zasiedziałam, a dwa odpuściłam trening, bo po najpierw niedzielnym bieganiu w sercu Śląska w trzydziestostopniowym upale, a potem jeszcze też niedzielnym popołudniowym rowerowaniu z SZM, w niedzielę padłam jak kawka, a jeszcze wczoraj ledwo żyłam.
Z prawdziwą przyjemnością wieczorem obejrzałam koncert z piosenkami Zbigniewa Wodeckiego, na ten koncert czekałam od zeszłego tygodnia. Bardzo go lubię, lubiłam. I powiem szczerze wzruszyłam się, łezka mi poleciała...
Teraz oglądam film z Sandrą Bullock, a w tak zwanym międzyczasie wrzuciłam nowe przepisy na zapomnianego mojego bloga "Zeszyt z przepisami". Ciasto jogurtowe, mus czekoladowy to na słodko, a z innej beczki, tej mniej słodkiej to sałatka z kaszą bulgur, sałatka z surimi i śledzie z ananasem. Zapraszam :-)

Żyjemy, póki co bez specjalnych dramatów i dylematów. I oby tak jak najdłużej ;-)

Młody mieszka z nami, od czasu akcji pod tytułem "wyprowadzka" zrobił się tak miły i dobry, do rany przyłóż. Inna sprawa to fakt, że po drodze w czasie a właściwie to pod koniec akcji jeszcze zdążył pożyczyć rodzicom panny kasę. Pożyczał niby ze swoich, niby z naszych (bo to z tego co wcześniej wpłacał nam na życie). Nam jednak powiedział, że nie pożyczał, a po czasie wyszło szydło z worka. I moje pretensje dotyczą nie samego faktu pożyczania, ale kłamstwa. Z drugiej strony trochę go rozumiem, bo jak powiedział, powiedzieliśmy, że jest dorosły i ma robić jak uważa więc zrobił, a potem my mamy pretensje do niego, że zrobił źle, czyli niezgodnie z naszymi oczekiwaniami. Więc nie powiedział, skłamał, żeby się nie nasłuchać. I obiektywnie rzecz biorąc tu się zgadzam :-) Ale mu tego nie powiedziałam. No i jest taki milutki, bo czuje się winny :-)
Główną jego, Młodego, wadą i dla mnie problemem bardzo istotnym jest to, że upiększa rzeczywistość, przemilcza istotne fakty, nie jest wiarygodny, po prostu. I oczywiście zawsze wie lepiej. Masakra po prostu. Z bólem serca to przyznaję, ale jest tak, że niestety nie mogę powiedzieć, że coś co powiedział jest na pewno takie jak on powiedział, bo zawsze podskórnie obawiam się, że dodał, upiększył, podkolorował albo przemilczał. Mój tatencjusz jest taki sam. A ja bardzo, ale to bardzo się staram, bo wszyscy mówili, że ze mnie cały tatuś, więc ja na przekór wszystkiemu staram się tego nie robić, nawet czasem odejmuję kolorów :-) Może nawet aż za bardzo...

Mała, jak na studentke przystało ma właśnie sesję i póki co daje radę :-)))
Z nią nie mam tego typu problemów, jest zorganizowana, rozsądna, rzetelna, odpowiedzialna, słowna, do bólu wręcz. Może dlatego, że widzi w domu taki właśnie antywzorzec? Jeżeli cokolwiek powiem, poproszę o cokolwiek Małą to mam 100 procent pewności, że zrobi, postara się. A w przypadku Młodego - jakieś 50 i to nie wiem czy nie zawyżam... I żeby nie było - on wie że tak myślę, przy każdej wpadce ma to podane na tacy.
Powiem szczerze, to moje dziecko, i kocham go bardzo, wiadomo, ale... szczerze mówiąc nie wiem czy lubię, czy zostałby moim kolegą... Wyrodna matka ze mnie? Powinnam chyba bezkrytycznie podchodzić do własnego syna, ale chyba nie potrafię. Czy to znaczy, że jestem złą matką? Czy obiektywnie i realnie patrzącą? Czy to, że za każdym razem uczulam go w temacie prawdomówności i dotrzymywania słowa to jest tak zwany domowy mobbing? Pytam o której wrócisz? I sama mu już kiedyś powiedziałam, jak wydaje Ci się że o 22 to dodaj sobie pół godziny, albo dwie, jak wrócisz wcześniej to się mile zdziwię, a to lepsze niż "znowu nie dotrzymał tego co mówił". Bo teraz jest tak, że nawet jak się postara to i tak wiadomo, że "raz na jakiś czas mu się uda", nawet jak to jest często :-), a nie że tak jest i to jest normą. No cóż ma już przyklejoną łatkę. A opinię o sobie ciężko się zmienia, zwłaszcza na lepszą...

poniedziałek, 28 maja 2018

Na razie póki co sprawa umarła śmiercią naturalną, żeby nie powiedzieć, że przyschła ;-)
Panna Młodego już po przeprowadzce, tzn. razem z rodzicami do jednego dużego mieszkania.  Młody pomógł ile mógł, a za wiele nie mógł, bo był w pracy.
Nie dopytuję nie naciskam, stanęło na tym, że Panna i Młody planowali że jakoś w czerwcu Młody się do niej przeniesie. Ale jak wyszła sprawa ich kiepskich finansów to trochę się sprawa skomplikowała i biedny Młody sam chyba nie wie co robić. Bo chciałby, ale kasa, a raczej jej brak, skutecznie go blokuje i tak w ogóle to mało komfortowa sytuacja z tą przeprowadzką. A może tylko mnie się tak wydaje. 

Czekał jeszcze na wyniki rekrutacji, w której brał udział i liczył na to dosyć mocno, a tu zonk, niestety temu panu podziękowali.

środa, 23 maja 2018

Akcji ciąg dalszy. Czyli żeby było ciekawiej...

Rodzice Panny, którzy deklarowali się, że im, jej pomogą, jak się okazuje mają kłopoty finansowe. Szukają kasy na pokrycie kosztów swojej przeprowadzki.

Ręce mi opadli. Obie.

Kurtyna.

wtorek, 22 maja 2018

Temat jeszcze oficjalnie nie zamknięty, ale widzę i czuję, że Młody już zdecydowany. Blokuje go tylko brak stabilności finansowej. A ja mam uczucia mieszane, rozumiem, że chciałby, że pociąga go wspólne gospodarowanie, życie we dwoje, bo już po wakacjach mówił, że fajnie było we dwoje, a nawet czworo, bo byli razem z rodzicami Panny, i że chciałby tak.
Podejrzewam, że gdyby miał normalną pracę i jakąś sensowną pensję to rozmowa byłaby zdecydowanie inna i pewnie stanęłoby na tym osobnym mieszkaniu. Nawet jeśli rodzice Panny deklarują, że brak kasy z jego strony im nie przeszkadza to uważam, że wprowadzanie się w takiej sytuacji do nich może mu się kiedyś odbić czkawką. Obym się myliła.
Może faktycznie wspólne mieszkanie nie wyjdzie im na złe, bo jakoś się dogadują, byli razem na wakacjach, ale codzienne życie może różnie wyglądać. Ale myślę, że najlepiej żeby sam skosztował tego miodu i sam się przekonał czy mu pasuje czy nie. Ja też uważam, że młodzi powinni się docierać sami, bez żadnych rodziców. Mieszkanie z nimi dla mnie prywatnie też jest, będzie kłopotliwe, bo jakoś kiepsko wyobrażam sobie wizyty u nich. Ale pożyjemy, zobaczymy, cokolwiek by nie mówić facet jest dorosły ;-) ...

poniedziałek, 21 maja 2018

Wywołałam chyba wilka z lasu, ale czy to mnie uszczęśliwia...?
Kilka dni temu Młody przeprowadził z nami poważną rozmowę. Zaczął tak, że myślałam, że jego Panna jest w ciąży :-) Ogólnie i skrótem mówiąc/pisząc chodzi o to, że po pierwsze rodzice Panny mają kłopoty mieszkaniowe, na już, tu i teraz. Tu pomyślałam że chyba nie chcą nam się wszyscy wpakować do mieszkania ;-) Zaraz potem czekałam na pytanie czy Panna może wprowadzić się do nas :-) Pudło.
Rodzice Panny rzucili w jej stronę tematem, że może Panna pójdzie na swoje, a oni jej będą pomagać, dopóki nie stanie na nogi. Panna rzuciła temat w stronę Młodego, że może zamieszkaliby razem. I tu Młody pyta co my na to :-)
Nie ukrywam, że trochę mnie to szoknęło, bo moim/naszym skromnym zdaniem w obecnej chwili przy stażowym stypendium decydować się na osobne gospodarstwo to pachnie lekkim szaleństwem. Dyskusja była mocna, rzeczowa, konkretna. To, że rodzice Panny decydują się na wspomaganie jej nie oznacza, że my z automatu też powinniśmy, bo takowego zamiaru nie mamy. Nie będziemy się deklarować, wolimy sytuację jasną i klarowną, jak będziemy chcieli to pomożemy, ale deklarować się nie będziemy. To raz. Przy obecnych dochodach Młodego rzucanie się na osobne gospodarstwo ze świadomością, że tamci rodzice będą pomagać to raczej kiepska sytuacja, faktyczna, ambicjonalna i generalnie do bani. To dwa. Młody powinien się zastanowić na ile taka decyzja podyktowana jest chęcią pomocy Pannie, a na ile chęcią wspólnego z nią życia.
Panna poczuła się dotknięta, prawie że się obraziła. Młody pojechał wyjaśniać sytuację. Kryzys zażegnany. Po czym pojawiła się kolejna opcja. Nijak nie pasująca do tej pierwszej.
Panna kocha rodziców, nie chce mieszkać osobno, zatem biorą pod uwagę bardzo duże mieszkanie proponując Młodemu zamieszkanie z nimi. Czym opcja B różni się od opcji A? Tego nie wie nikt. :-)
Na chwile obecną temat jeszcze zawieszony i nie wiadomo jak się zakończy.

A w czym problem? Bo mam wrażenie, że Młody jest wmanewrowywany. Bo wydaje mi się, że kiedy oboje mają jako takie dochody i podejmują wspólnie decyzję o zamieszkaniu to trochę inaczej wygląda, a tu mam wrażenie, że oni go po prostu z lekka przymuszają do deklaracji. Taaak, jestem wredną mamuśką synalka :-)

wtorek, 08 maja 2018

Po tak długim wolnym bardzo trudno jest wrócić do normalności...

Drażni mnie to moje duże dziecko. Młody znaczy się.
Staram się zrozumieć, sama siebie pilnować, żeby cały czas nie burczeć i nie krytykować, ale kurcze ręce mi opadają. Sama nie wiem czego bym chciała. to już chyba najwyższy czas na to, by rozpoczął życie na własny rachunek. Chłop dorosły, co wcale nie znaczy, że dojrzały, bo zachowuje się jak dziecko czasem. ...i kurczę blade sama siebie obwiniam, że może to ja za bardzo opiekuńcza jestem. SZM za każdym razem mówi, że to moja wina. Do tego już się przyzwyczaiłam :-)
Są pewne rzeczy, których nie przeskoczy choćby nie wiem jak bardzo chciał. Wszystko wydawało się być ok, dopóki pracował w swojej pierwszej firmie. Ale jak widać nie było mu to pisane. Tak z ręką na sercu to ja do dzisiaj nie wiem czy on sobie nie zasłużył na to, że mu tej umowy nie chcieli przedłużyć, mało tego, nie tylko, że nie przedłużyli ale jeszcze rozstali się za porozumieniem stron wcześniej niż umowa przewidywała. Tam zarabiał fajną, jak na początek, kasę i wydawało się, że był zadowolony, przynajmniej na początku, mimo, że to nie było kompletnie związane z jego wykształceniem. A potem dowiedzieliśmy się, że to nie dla niego, że na dłuższą metę to on i tak by nie chciał. Ale skąd ja wiem czy tylko mi tak nie czarował? Faktem jest, że szukając pracy szerokim łukiem omijał ten sektor. No i koniecznie chciał coś ze swojej działki, to wydaje się być normalne. Niestety oferty pracy się nie posypały szerokim wachlarzem. Wydeptał sobie staż w firmie, w której bardzo chciał pracować. Po trzech miesiącach na bezrobociu (bez prawa do zasiłku bo przecież było porozumienie stron, ale na własnej kasiorze) zaczął staż. A staż wiadomo, kasa maleńka, szansa na zatrudnienie średnia, ale do cv będzie mógł wpisać doświadczenie w branży. I na początku jak to na początku, fajnie i w ogóle, a teraz się okazuje, że jednak niekoniecznie. Na jednej rozmowie o pracę był, ale zrezygnował, bo nieciekawe warunki, a to fakt. Rozsyła cv wszędzie cały czas, czeka na wyniki kolejnej rekrutacji. To w sumie ok, bo jak to się teraz mawia, w momencie gdy dostajesz pracę dobrą, zaczynasz szukać lepszej. Ale gdyby nie my to finansowo nie dałby rady utrzymać się na tym stażu. Tak też mu powiedzieliśmy, że dopóki jest u nas to może sobie na to pozwolić. Jak pracował to część wypłaty przesyłał na konto (to była nasza decyzja, bo on sam z siebie na to nie wpadł niestety), że niby na utrzymanie, ale ze świadomością, że ta kasa siedzi na koncie oszczędnościowym i jest w razie czego do jego dyspozycji. Teraz na tym stażu odpuściliśmy te przelewy z racji mizernej kwoty, którą dostaje. I jak tak piszę to sobie teraz, to wszystko po kolei, to wydaje mi się, że przecież nie ma się do czego przyczepić, bo kasiory od nas nie bierze, oszczędności nie są ruszone, stara się chłop o coś lepszego. ...ale ja wewnętrznie oczekuję czegoś więcej. Jakiegoś większego zaangażowania by nie być zależnym od rodziców, by żyć na własny rachunek, usamodzielnić się, nie być ciężarem dla rodziców. Wyjść z inicjatywą, dać coś od siebie.
Ale gdzies tam w środku duszy mam wrażenie, że to nie o niego chodzi tylko być może to ja mam zbyt wielkie oczekiwania, to ja za bardzo się stresuję tą sytuacją. Bo przecież prawie 27 lat na karku, a on jest na początku drogi. No i chyba ja za niego wpadam w depresję na jego temat :-) A najgorsze jest to, że nie mogę, nie chcę, tak od serca pogadać o tym z SZM, bo on go krytykuje na każdym kroku, a ja nie chcę go utwierdzać go w przekonaniu że ma rację, bo nie jestem przekonana czy ta racja ma sens. Bo SZM ma wciąż pretensje, że on, Młody znaczy się,  wieczorami wychodzi spotkać się z kolegami, że wydaje tą niewielką kasiorę wychodząc, a mógłby posiedzieć w domu i świat by się nie zawalił. No i niby racja, ale przecież młody jest, kiedy będzie wychodził?
A jeszcze jego dziewczyna od momentu skończenia studiów (dwa lata) cały czas szuka pracy... no nie wiem, ja bym się chyba łapała czegokolwiek by mieć trochę niezależności, a ona jakaś taka niedorobiona. Bosze, boję się że oni oboje zgubią się w tej rzeczywistości... Nie potrafię sobie wyobrazić jak oni będą prowadzić swoje osobne życie.
Na razie świetnie się ustawili, są razem, ona na utrzymaniu rodziców, on na stażu. każde mieszka z rodzicami, ale nagminne jest to, że on jedzie do niej i zostaje, albo ona do niego i zostaje. Z jednej strony ma to sens, bo po co snuć się wieczorami, nocami jak lepiej, wygodniej, bezpieczniej jest zostać na noc tam gdzie akurat jest bliżej. Z drugiej szlag mnie trafia, jak wracają późno w nocy, koło 2, a potem śpią do południa.
Cokolwiek powiem, że ma być zrobione to Młody zrobi, nie powiem, ale sam z inicjatywą nie wyjdzie.
Już rozmawialiśmy z SZM, że oświecimy go wkrotce, że po stażu to czas najwyższy by pomyślał o życiu na własny rachunek. ...no ale z drugiej strony to my rodzice powinniśmy być dla niego oparciem, czyż nie?... Ale nie wiem czy taki "oparciem" nie robimy mu krzywdy. Jak go dyplomatycznie kopnąć w tyłek? A może ja przesadzam i nie ma potrzeby stosować kopa, bo wszystko jest OK, może to tylko moja psyche, jakiś kryzys, może ja mam zbyt wygórowane ambicje?

No wyprostujcie mnie proszę czy to ze mną jest coś nie tak, czy matczyne zmęczenie materiału mnie dopadło...?

poniedziałek, 07 maja 2018

sobota 5 maja
Zaplanowana impreza grillowa u znajomych na działce. Moje towarzystwo babskie, z cyklicznych babskich spotkań, plus niektórzy mężowie :-) Miło, sympatycznie, głośno :-)

niedziela 6 maja
Ostatni dzień tej długaśnej majówki spędziliśmy wspólnie ze znajomymi w Beskidzie Żywieckim, na szlaku na Rycerzową. Było fajnie.

Podsumowując: spędziliśmy ten czas niby w domu, bez wyjazdu, ale bardzo aktywnie. Ogółem przejechaliśmy autem ponad 1000 km, rowerem chyba prawie 100 km, przedreptaliśmy w górach prawie 50 km. Byliśmy w różnych miejscach, w różnym towarzystwie. Aktywnie, sympatycznie i w ogóle. Jestem zadowolona, ale aż się boję sprawdzać stan konta :-) Założyłam jednak i tak sobie układałam w głowie, że nie myślę o finansach tylko miło spędzam czas, a martwić się będę potem. Bo w końcu głodem nie przymieramy.

Dzisiaj powrót do normalności, do szarej rzeczywistości to masakra lekka, ale trzeba to przyjąć na klatę. Miłego dnia!

sobota, 05 maja 2018

piątek czyli 4 maja:
miał być dzień leniwca, a wyszła wycieczka do Wroclawia, do ZOO, a raczej Afrykarium, bo to nas interesowało najbardziej. My z SZM już tam byliśmy, ale Mała nie i dlatego pojechała z nami, a raczej my z powodu niej :-)
Młody z dziewczyną nie chcieli, no to zostali w domu.
A my po wystaniu w gigantycznej kolejce, która szła szybciej niż przypuszczaliśmy (1,5 godziny stania) zaliczyliśmy oglądanie zawartości czarnego pawilonu. Potem pyszny obiad na rynku, w fajnej knajpce i powrót do domu. Bo towarzystwo nic więcej już oglądać nie chciało. A tam Ogród Japoński, Botaniczny, i wiele wiele innych atrakcji.
W czerwcu będzie tam świetny nocny bieg, ale niestety to jeszcze nie mój dystans, więc mnie nie będzie. Może za rok...

Kroi mi się spontaniczne spotkanie klasowe z okazji okrągłej rocznicy matury. Już za tydzień. Nie spodziewam się tłumów, ale miło będzie, taką mam nadzieję :-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 97