na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze

codzienność A.

piątek, 11 stycznia 2019

Młody wyprowadzony w grudniu, konkretnie to pierwszego. Deklarował, że jak się poukładają tak na maxa to nas zaproszą. Na zaproszenie czekamy do dzisiaj...
Trochę mnie to deprymuje, nie ukrywam. Nie chcę ich osaczać i być namona więc nie dzwonię, nie chodzę. Zresztą powiedzieliśmy mu przy jego bytności u nas dlaczego nie dzwonimy. Ale zastanawiam się czy taka polityka jest dobre. Bo jak tak dalej pójdzie to strace z nim kontakt zupełnie, bo z jego strony prawie żadnych ruchów nie ma. I odbieram to trochę jak policzek, porażkę wychowawczą. A zaraz potem zastanwiam się czy nie dramatyzuję. Ale z kolei raz na jakiś czas zadzwonić zapytać czy wszystko ok, to nie tak duże wymagania dla dorosłego syna, prawda? a on mam wrażenie że się po prostu odciął.
No i ta jego pseudosłowność... Pożyczył rzecz tylko na Sylwestra, do dzisiaj nie oddał. W międzyczasie pożyczył następną rzecz, ktorą już zaraz, jutro, pojutrze odda. W sobotę miną chyba dwa tygodnie. Nóż mi się w kieszeni otwiera...

poniedziałek, 07 stycznia 2019

Święta, święta... no i już po Sylwestrze :-)

Rodzinnie

Wigilia w licznym gronie, bo i teście, i moi rodzice, i siostra SZM z rodziną, no i Młody z Panną. Było miło i sympatycznie. Serio.
Pierwszy dzień Świąt - obiadek w domu, a po południu na kawę do rodzeństwa. Tam dołączył Młody z Panną, moi rodzice i rodzice drugiej połówki mojego rodzeństwa, a konkretnie to tata, bo mama źle się czuła.
Drugi dzień Świąt - na obiedzie u nas rodzice, teście, Młody z Panną i Mała z Kawalerem :-). Takie były plany, ale niestety teście nie dotarli. Ich strata. Po obiedzie kawa i świętowanie wspólne, nawet nie takie długie. Tak więc późne popołudnie, a już wieczór to na pewno, mieliśmy tylko dla siebie, bo Mała i Kawaler zajęli się potem sobą, a późno w nocy to już w ogóle wyjeżdżali w świat, razem z rodzicami Kawalera :-)
I tak minęły Święta...
Sylwester... nie zapowiadał się wyjściowo, bo o ile my rok temu zrobiliśmy prywatko-domówkę na prawie 20 luda, o tyle ze strony tych ludów jakoś nie płynęły żadne wieści, które mogłyby wskazywać na to, że ktoś z nich chciałby nas zaprosić. Nawet mnie to trochę wkurzyło. Konkretnie to od jednej takiej to było nawet słówko, a raczej pół, ale po pierwsze ona nigdy nie jest konkretna, po drugie nie wiem czy zależało nam na tym by tam iść, a po trzecie niechby się zdeklarowała, robi, zaprasza i sprawa jest jasna, a takie pitolenie że niby, że może, to mnie tylko wkurza. To na zasadzie, żeby potem mogła była powiedzieć, że przecież ja chciałam... No ale tuż przed Świętami posypały się propozycje. Z uwagi na naszego najnowszego członka rodziny (przypomnę, że mieszka u nas kot-ka), którego zachowania podczas strzelania w Sylwestra jeszcze nie znamy, wybraliśmy dogodną lokalizację. Było miło, sympatycznie, statycznie. Achów i ochów piać nie będę, bo nie ma nad czym.
Nowy domownik, a raczej domowniczka jest urocza, oswaja się coraz bardziej, rośnie, ale dalej jest cudna. Między Świętami a Sylwestrem kiedy to byliśmy w domu tylko we dwójkę plus kot(ka), doszłam do tego, że dobrze, że jest ten kot, bo tak siedzielibyśmy kompletnie sami :-)
Młody na swoim gospodarzy razem z Panną, chyba im tam dobrze, ale jeszcze nas nie zaprosili do siebie, a my/ja nie chcę się narzucać i niezaproszona nie pójdę. Dochodzę do wniosku, że mieszka się nam bez niego spokojniej. Nawet się zastanawiałam na czym to polega. Dzisiaj Mała zadała mi pytanie czy nie uważam, że odkąd Młodego z nami nie ma to tacie się więcej chce? Czyli to chyba nie tylko moje wrażenie. A całe clou chyba tkwi w tym, że SZM toczył jakąś chorą rywalizację, sama nie wiem jak to nazwać. On tego czegoś robić nie będzie, bo może to zrobić Młody. Ja podskórnie już się denerwowałam takim stanem rzeczy. Poza tym osobna bajka to czy Młody to zrobi, to raz. Dlaczego SZM zrobić tego nie chce, to dwa. Czy Młody zrobi to tak jak trzeba, to trzy. No i czy w terminie, to cztery. Bo Młody taki jest. Nigdy nie wiem czy jak powie że coś zrobi to zrobi, albo czy zrobi w terminie, czy nie trzeba będzie poprawiać, albo robć za niego :-)
A teraz żyje nam się spokojniej. Na pewno mnie. Nie drżę czy Młody zrobi, nie wkurzam się, że Młody nie zrobił, nie mam po kim poprawiać, kogo rozliczać, bo każdy z nas wie co do niego należy i to po prostu robi.

Biegowo

Z uwagi na to, że miałam zdrowotną pauzę w treningach, tak się rozpasałam, że dorwał mnie Leniwiec Gigantus. Wybiłam się z rytmu treningowego. Przytyłam. Coraz trudniej jest mi znaleźć na tyle silnej woli by pójść na trening. Postanowiłam zatem wyznaczyć sobie cel, nowy, ambitny... Zapisałam się na półmaraton. Od lutego/marca zaczynam ambitne treningi stricte pod ten dystans.

Pracowo

Przy okazji padły w moją stronę słowa sugerujące ewentualną możliwość awansu. Niestety znowu w kompletnie inną zawodową stronę. I teraz mam zagwozdkę, nawet nie jedną. Bo raz, że nie wiadomo czy się uda. Bo dwa, dopiero co poczułam się w miarę pewnie tu gdzie teraz jestem, uporządkowałam cały zastany burdel, przygotowałam sobie plan działania, ogarnęłam przestrzeń, a tu zonk, znowu zmiana? Bo trzy, na tym nowym poletku jest zdecydowanie wyższa motywacja finansowa, i to jest chyba najsilniejszy argument. Bo tak naprawdę to nic więcej mi tam nie pasuje. I mam taką maleńką cichą, szczerą nadzieję, że po prostu nic z tego nie wyjdzie :-)

Byliśmy w kinie na Bohemian Rhapsody. Polecam! :-)

wtorek, 18 grudnia 2018

Kot a właściwie kotka, bo to dziewczynka przecież jest :-)
Mała od dłuższego już czasu prowadziła lobbing na rzecz futrzastego zwierzątka. Poważnym problemem była, a może nadal jest, tego nie wie nikt, alergia. Młoda od pani doktor ma zapewnienie, że na kota uczulenia nie posiada. Drugim alergikiem domowym jest Młody, który był własnie uprzejmy się wyprowadzić na tak zwane swoje, wynajmowane bo wynajmowane, ale zawsze już swoje, lepsze takie jak żadne. Trzecim alergikiem domowym jest SZM, który co prawda wychował się w domowym zwierzyńcu, bo tam były i koty i psy, ale jako dziecko tak bardzo chorował, że oparło się o astmę i pobyt w sanatorium. Ale kto tam wówczas myślał, wiedział o alergiach. Jego alergia ma reakcję natychmiastową. Bierze i dusi, albo wysypuje i swędzi, albo łzawi oczy, albo nie wiem co tam jeszcze. Młoda wymysliła, że wyśle tatusia na testy alergiczne. Tatuś zwolennik futer utrzymuje do dziś, że o ile na psy uczulenie ma i to wiemy, bo widać :-) to na koty nie, bo nic się z nim nie dzieje w towarzystwie kotków. Ustalili, że pojadą do wybranego przez młodą schroniska pooglądać już wybrane przez nią kotki (do tej pory oglądane w necie) i rozważymy zabranie zwierza w okresie zimowych ferii, żeby w procesie adaptacji tak długo zwierzak nie był w domu sam. Wybrane były kocurki i jedna kotka. Pojechaliśmy, na miejscu okazało się, że owa kotka to jest namłodszy kotek i Młoda oglądanie zaczęła właśnie od niej, no i na niej skończyła, bo jak dostała na ręce ją to już mowy nie było o innych kotach:-) A że planowaliśmy dopiero w ferie to pani ze schroniska powiedziała, że ok, w takim razie nikomu jej nie będzie już polecać, ale kto by się tam przejmował wcześniejszymi planami. W drodze do domu ze schroniska pojechaliśmy od razu do sklepu Zoo po wyprawkę i z powrotem do schroniska :-) No i wróciliśmy z kotem, tzn. z kotką :-))) Młoda/Mała jest kocią mamą na sto procent, wpisana do dokumentów jako właściciel, sama sfinansowała całą wyprawkę (czy ja pisałam, że Młoda załapała się do pracy, a właściwie to praca załapała Młodą), jest obczytana, wyoglądana filmików z behawiorystami i innymi ekspertami, no szał ciał, mówię Wam :-)
SZM ma też mnóstwo uciechy, sama Młoda powiedziała, że tacie chyba brakowało zwierzątka w domu, bo gdyby mógł to siedziałby cały czas w pokoju Młodej, bo kot zgodnie z zaleceniami Młodej póki co siedzi tylko w jej pokoju. A ja też się cieszę ;-) Odpowiadając na pytanie - nie, nie mam doświadczeń z życia z wolno biegającym po domu zwierzątkiem, bo do tej pory zwierzątka mieszkające u nas były tak zwane klatkowe (chomiki, świnka morska, rybki, ptaszki, żółwie). Też się cieszę, ale obawiam się nieco psot i niespodziewajek :-) Nic jeszcze nie ma wycięte, bo jeszcze za malutka jest, ma chyba 3 miesiące.

Młody
jeszcze się wyprowadza. Obiecywałam sobie, że nie będę go wyprowadzać, żeby mi w przyszłości nie powiedział, że go wyrzucałam z domu, ale... Czas leci, święta coraz bliżej, a tempo jego przeprowadzki mnie po prostu rozwalało. Gdyby codziennie przychodził i zabierał po trochę to rozumiem, że drobnymi kroczkami posuwa się do przodu, ale kto by się przejmował tym, że rzeczy trzeba przenieść, no nie? Wieczorkiem w piątek pojawił się , spakował dwie torby i uznał, że wystarczy, że reszta później (!). No to na sobotę mu przygotowałam całą resztę. Zabrał z naszą (SZM i Młodej) pomocą, ale drobna część dobytku została i czeka do dzisiaj. Problem w tym, że gdyby poświęcił jeden wieczór na to by sobie to wszystko posegregować, przygotować to by było lżej. A tak dostał w pakiecie wszystko i u siebie na miejscu ogarnia temat. A jak wcześniej mówiłam, że to i owo raczej niepotrzebne, że może próbować sprzedać, to uznawał, że to skarby i że absolutnie nie da się, nie można, nie wolno się tego pozbywać. Jak się okazuje jednak można. To, co zostało to już przejrzy na miejscu, bo to skarby z najwyższej półki :-) Najbardziej mnie rozwaliło to, że nie załatwił sprawy swojej przeprowadzki, a wolną sobotę już sobie zorganizowali towarzysko zamiast dopiąć wszystko na tak wany ostatni guzik. Ja nie znoszę takiego zawieszenia. Dlatego musiałam go zmobilizować. Tak się usprawiedliwiam :-)
A ja korzystając z tego, że zwolnił miejsce poświęciłam cały weekend na porządki domowe, przenoszenie ciuchów (bo szafy wolne) i aranżację pokoju dla nas :-) I w ten weekend odwaliliśmy wszystko, łącznie z ustawieniem już choinki. Mamy już w domu Święta, no za wyjątkiem tej sterty co to wciąż czeka, ale to już drobiazg. Zresztą powiedziałam, że jak już przesegregował a coś mu się nie mieści w tych ich 40 metrach to może to przywieźć, zostawić u nas, bo przecież go nie wyganiam. Jeszcze musimy mu oficjalnie otwartym tekstem, żeby nie było niedomówień, powiedzieć, żeby miał świadomość, że zawsze może do nas wrócić.

Panna
nie, żebym była uprzedzona, ale jak już wcześniej pisałam, zachwytu z mojej strony nie ma. Tłumaczę sobie, że to on ma być zachwycony, a nie ja. Ja mam taką cichą nadzieję, że Panna go ogarnie i z tego co widzę chyba tak się dzieje, a jemu to z pewnością wyjdzie na dobre. Już go ćwiczy w trzymaniu porządku i dyscyplinie domowej, bo jak powiedział mi Młody "jest gorsza od ciebie" ;-)

Ja
...cóż jestem na etapie myślenia sentymentalnego, co chwile łapię się na tym, że zdaję sobie sprawę z upływu czasu. Że się zestarzałam, że dzieci duże już dorosłe, że zostajemy z SZM powoli sami, że taka kolej rzeczy, norma znaczy się, że mnóstwo rzeczy chciałam jeszcze wspólnie z dziećmi zrobić, planowałam, a tu już się chyba raczej nie da w tej formie, której planowałam. Pilnuję się bardzo by nie popełniać tych rzeczy, które mnie u matencji drażniły, drażnią, by nie zagłaskiwać otoczenia, dać im oddychać. To pewnie etap, który muszę przeżyć. No i przygotować się na drugi raz, gdy przyjdzie moment kiedy będzie szła na swoje Mloda/Mała, a ona już się odgraża, że to za jakieś dwa lata. I znowu mam uczucia mieszane, bo cały czas czekałam na to by mieć sypialnię, ale gaszę swoją radość z tego faktu, bo wewnętrzny chochlik mówi mi, że zamknął się właśnie jakiś etap. Sama sobie tłumaczę, że to raczej nowe otwarcie :-)

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Mamy nowego domownika, a właściwie to domowniczkę :-)

Moja Mała jest od wczoraj kocią mamą i jest przeszczęśliwa. Aż się biedna rozpłakała gdy pani w schronisku ją nam wydawała. Kotek jest śliczny, dachowiec, tygrysek, mały, ale wychowany, korzysta z kuwety, zaczipowany, zaszczepiony. Cudny po prostu. :-)

czwartek, 13 grudnia 2018

Przeprowadzka, wyprowadzka ze strony technicznej jeszcze trwa i pewnie potrwa chwilę. Bo na ten przykład wczoraj nikt się nie pojawił po jakiekolwiek rzeczy. Ani widu ani słychu, ani sms-a. Nie chcę pakować i wyprowadzać go na siłę, ale skoro już się zdecydował to kule-bele niechby zrobili to tak jak z Panną, raz a konkretnie. A ja będę mogła zagospodarować pokój po swojemu :-) 

Temat wyfrunięcia z gniazdka nastawia mnie nieco nostalgicznie, sentymentalnie. Przerobiłam już w głowie etap, że mogłam być lepszą mamą w całym dotychczasowym jego życiu, że może bardziej powinnam dbać o więzi, a potem doszłam do wniosku, że to przecież normalny etap, wkraczanie w dorosłość i nauka na własnych błędach. Patrząc z boku na całą tę sytuację widzę jak staję po drugiej stronie lustra i widzę matencję w czasach gdy to ja wyfruwałam z domu.
I to są uczucia mieszane... Bo z jednej strony fajnie, że dorósł, że dojrzał, że chce, że ma z kim, że jest szczęśliwy. Z drugiej żal, że to wynajem. Z trzeciej lepszy wspólny wynajem niż wspólny kredyt, bo nigdy nic nie wiadomo, a kredyt do spłaty zostaje :-) Dla nas psychicznie i atmosferowo w domu chyba lepiej, bo te drobne, ale jednak uciążliwości z jego bywaniem-pomieszkiwaniem u Panny, jej u nas już się wyprostują. Zostaje obawa czy dadzą radę unieść to finansowo, czy będą w stanie myśleć i cokolwiek odkładać na przyszłe swoje.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Młody
...mieszka już na tak zwanym swoim, ale rzeczy z pokoju wynosi sukcesywnie po trochę. Nie wiem czy do świąt zdąży :-)
Uczucia mieszane mam z tą sytuacją. Z tą jego wyprowadzką, decyzją... To już drugie jego/ich podejście do wyprowadzki do wynajmowanego mieszkania. Za pierwszym razem wytłumaczyliśmy, że zamiast płacić komuś za wynajem to lepiej uzbierać by mieć na start na coś swojego. Ale tak, na swoje kupione nie ma widoków, bo kredytu póki co raz, że nie dostanie, bo umowa o pracę na czas określony, a dwa, że dochody za małe, zatem kupno odpada. Po drodze była propozycja przeprowadzki do Panny mieszkającej z rodzicami w wynajmowanym mieszkaniu, a mam wrażenie, że potrzebowali może nie sponsora, ale osoby która by się dokładała do budżetu i sprytnie wykombinowali sobie taki plan. Nie wypalił, bo młody dojrzał do tego, że lepiej zaczynać osobno, a nie z teściami na karku. W dodatku z teściami z niejasną sytuacją finansową.
Inna opcja to mieszkanie z miasta do remontu, do złożenia wniosku niejako przymusiłam oboje dzieciostwo, bo czas działa im na korzyść, ale po pierwsze trzeba tam zaglądać i szukać czy jest cokolwiek co się nadaje, a po drugie jak się już nada to trza mieć kasę na ten remont, co nie? Zatem oszczędzanie znowu się kłania. I tak się kółko zamknęło. w międzyczasie doszłam do wniosku, że skoro chce iść na swoje to ja go siłą trzymać nie będę, mieszkanie wspolne stawało się z lekka uciążliwe, bo to przecaś dorosły chłop, a my mamy inklinacje do tego by traktować go jak dzieciątko nasze. Bardziej ja mam takie instynkty, przyznaję. No i doszłam do tego, że jak zechce to oponować nie będę.
Osobny rozdział to sytuacja życiowa Panny Młodego, z lekka skomplikowana. Bez widoków na jakiekolwiek wsparcie ze strony rodziców, z wiszącą groźbą spłaty zadłużenia rodziców, tudzież utrzymywania ich na starość. Mam nieodparte wrażenie, że Panna uciekła spod ich skrzydeł, by w końcu zacząć życie na własny rachunek. I chyba stąd taka prawie nagła decyzja o wyprowadzce, poszukiwania na cito mieszkania do wynajęcia, szybka przeprowadzka itp. Panna przeprowadzona w ciągu jednego weekendu, zabrała z domu co mogła, tak przynajmniej to wygląda. Akcja przeprowadzki Panny odbyła się podczas naszego weekendowego wypadu andrzejkowego planowanego od ponad miesiąca, kiedy jeszcze ptaszki nie śpiewały o wyprowadzce Młodego, ale koledzy Młodego stanęli na wyskości zadania, i bardzo dobrze :-)
Mieszkanko mają fajne, jak na początek i ich potrzeby całkiem OK. 40 metrów kwadratowych, dwa pokoje, kuchnia, łazienka, balkon, centralne ogrzewanie sieciowe, ciepła woda z piecyka. Umowa wynajmu na dwa lata. Mieszkanie odświeżone, częściowo umeblowane, tzn. konkretnie to jeden pokój ten sypialniany był bez mebli. No i fakt, że mieszkają blisko nas :-)
Widzieliśmy to mieszkanie na surowo przed przeprowadzką, mimo odświeżenia widziałam tam jeszcze kilka rzeczy do poprawki, ale to już ich sprawa. Generalnie fakt, że nie jest to standard typu apartament z górnej pólki to moim zdaniem na plus bo mają motywację by dążyć do swojego o wysokim standardzie, a może się mylę, nie wiem.
Układają się tam powoli, montują internet, telewizję, przenoszą ciuchy i wyposażenie.
Początkowo stałam na stanowisku, że niech się urządzą tylko własnymi siłami i zobaczą co to za miód, ile rzeczy będzie im brakować. Ale potem jak babcie (Matencja, Teściowa) zaczęły akcję pod tytułem "czego Wam potrzeba?" uznałam, że przecież nie mogę być taka złośliwa :-) Zatem daję co mogę, co potrzebują. A oni sami obawiali się braku akceptacji wspólnego zamieszkania bez ślubu ze strony babć, a tu niespodziewajka, bo babcia jedna wspomogła finansowo, a druga rzeczowo :-) I tak to.
A my... nie narzucamy się z pomocą, pytamy czy nie potrzebują, a oni uparcie twierdzą, że dają radę i widzę, że są zadowoleni i szczęśliwi, a to przecaś najważniejsze :-)

wtorek, 04 grudnia 2018

Uwaga, nadejszła wiekopomna chwila, tadam! Młody się wyprowadził.
Zdecydowali się wynająć mieszkanie, bo niestety póki co widoków na swoje nie mają, a chcieli rozpocząć życie na własny rachunek.

:-)))

poniedziałek, 19 listopada 2018

Zima przyszła. Niby norma, ale jednak żal ciepełka i słoneczka.

Imprezowa integracja pracowa zaliczona. Było fajnie. Jechałam kompletnie bez ochoty i nastroju, być może dlatego teraz uważam, że było ok, bo jak się człowiek nastawi, że będzie fajnie to może zbyt duże oczekiwania powodują, że wydaje się mniej fajnie niż jest.

Wcześniej zaliczyłam jeszcze incydent ciśnieniowy z tatencjuszem. Masakra z nimi. Tatencjusz jak chory to do rany przyłóż, potulny, wszystko zrobi co tylko trzeba. Jak tylko wydobrzeje, poczuje się ciutek lepiej, przestaje się bać, to zmienia się kompletnie. Taki pacjent to masakra. Do tego dochodzą rozgrywki między nimi, znaczy tatencjusz i matencja. Zawsze zastanawiam się czy w innych rodzinach też to tak wygląda czy tylko u nas taki bigos.
Jestem już po prostu zmęczona tymi rozgrywkami. Każda rozmowa z matencją kończy się narzekaniem na tatencjusza. Każda wizyta u nich to samo. A jak się jeszcze zdarzy, że oboje są w domu to matencja usiłuje wykorzystać moją, naszą obecność i cokolwiek ugrać, znaczy dowalić mu ile wlezie, udowodnić, że ona ma rację itp. Dlatego niechętnie tam jeździmy. Powiem szczerze, że rodzinnie jeździmy tylko wtedy gdy musimy. Ja jeżdżę głównie z poczucia przyzwoitości i leczenia swoich wyrzutów sumienia grzecznej córeczki. Cała sobą podskórnie boję się i nie chcę być tak postrzegana przez moje dzieci. Tatencjusz święty nie jest, mówi mało, ale jak się odezwie to w pięty idzie. Matencja nadaje non stop. Biedna jest, bo tak na dobrą sprawę to nie ma towarzystwa. Siedzi w domu sama. Mieszkanie traktuje jak świątynię, tu przestawi, tam poprawie i ma z tego radość. Ale siedzi sama w tym wielkim mieszkaniu czystym, wysprzątanym, eleganckim, poukładanym, ale pustym. Był moment że usiłowałam znaleźć jej jakieś zajęcie, towarzystwo, namawiałam na Uniwersytet Trzeciego Wieku, na jakieś zajęcia przy kościele, ale chęci nie było, a teraz to chyba i możliwości za bardzo nie ma, bo i wiek, i stan zdrowia. I tak to. Błędne kółko. Robi mi się jej żal, jadę, myślę sobie posiedzę troszkę, pogadam, będzie miała trochę radości. Przyjeżdżam i po 10 minutach mam dość. Ileż można słuchać wywodów, narzekań i utyskiwań na temat tatencjusza. I wychodzi na to, że wyrodmna ze mnie córka, bo nie wspieram, nie współczuję. I zżera mnie to od środka.
Żal, bo jadę do teściostwa, a tam zupełnie inna atmosfera, nie żeby wodotryski i fajerwerki, ale inaczej. A u moich zgorzkniała matencja. I co mam jej powiedzieć, że sama sobie winna bo skory on zawsze taki był zły to miała podjąc decyzję, odejść, zacząć życie na swój rachunek. Zagryzam zęby i nie mówię nic gdy narzeka jak to jej było źle, bo wszystko sama, bez wsparcia (to fakt, bo rodzina była daleko) i cały dom na jej głowie. Ale przecież nie pracowała. I to też był błąd, bo miałaby może jakies koleżanki z pracy. A ja całe życie słyszałam, jak to jej zazdroszczą znajome i rodzina, bo one pracują a ona nie i one są złośliwe. łomatko...
Nawet sobie postanowiłam, że zadam jej chyba zadanie domowe, pytanie, żeby mi wymieniła 5 szczęśliwych momentów, chwil ze swojego życia. Czy ona takie w ogóle miala, czy je pamięta...
Dzieci też nie za bardzo chcą jeździć, jadą, bo tak trzeba, bo je o to proszę...
Jak ja zazdroszczę tym, którzy mają pogodnych, nieskłóconych ze sobą rodziców, dziadków...

piątek, 09 listopada 2018

Zdrowotnie
...jestem już po drugim zabiegu. Same zabiegi to pikuś, pomijając aspekt finansowy oczywiście. Dramat jest z noszeniem pończoch kompresyjnych, uciskowych II stopnia. No masakra mówię Wam. Same pończochy to jeszcze nic, po prostu dobrze ściągają nogę, ale te zakończenia, gumowe wypustki, które mają za zadanie podtrzymywać je, by nie zjeżdżały w dół to masakra. Pończochy dobrej firmy, fakt, ale kurde bele, już odliczam dni, a raczej tygodnie kiedy będę mogła zaprzestać noszenia.
biegowo
...pauzuję, bo biegać nie mogę. Na wagę boję się wtoczyć, bo wchłaniam wszystko jak jamochłon :-)
domowo
... jest ok, raz z górki, raz pod górkę.
Nieplanowana akcja prądowa czyli planowany remont przedpokoju na wiosnę, bo teraz nam się po prostu nie chce i zdecydowaliśmy się póki co na prowizorkę, a dokładnie opracujemy temat wiosną. Przy okazji przedpokoju nr 1, zrobić musimy koniecznie przedpokój nr 2, a z rozpędu zrobimy odświeżenie ścian w tak zwanym dużym pokoju, no i ściany kuchni już proszą też.
świątecznie
...jak zwykle na Wigilii u nas rodzice, teście, a żeby było weselej, tłoczniej i rodzinnie doprosiliśmy sobie siostrę SZM z rodziną. A co! :-)
Młody
...zakończył umowę na czas próbny, dostał umowę na czas określony. Lekko się załamał, bo nie dostanie na rękę nawet dwóch tysięcy. Mówi że szuka czegoś innego, ale chyba nie dość skutecznie. Inna sprawa, że do tej pory zapychał w tej firmie od rana do wieczora i pewnie brakowało mu sił i ochoty na cokolwiek po powrocie do domu. Z jednej strony uważam, że to dla niego dobra szkoła życia, a zdrugiej żal mi go i mysle jak ma się usamodzielnić. z trzeciej strony jak przeanalizowałam jego CV, to nie bójmy się słów, nie jest imponujące.
Wykonałam jeden krok, do którego zbierałam się od kilku tygodni. Jednak nie wiem czy to cokolwiek da. Zobaczymy. Trzymam kciuki żeby mu się w końcu zaczęło układać...
Związek Młodego trwa. Aż mnie ręka świerzbi by dodać słówko "niestety". Reszta bez komentarza. Samą siebie muszę upominać.
Młoda
... studiuje, zadowolona nadal. Aktywistka. Związek Młodej trwa. Chłopak prezentuje się póki co ok. I nie o wygląd mi tu idzie.
Rodzice
...mają się dobrze, aczkolwiek coraz bardziej sypią się kondycyjnie, zdrowotnie. Z przykrością stwierdzam, że widzę jak się starzeją, jak Matencja coraz słabiej jarzy, ale jest aktywna, chce być aktywna i niezależna. Póki co nie wymagają żadnej koniecznej pomocy i oby to trwało jak najdłużej.
Towarzysko
...naklikałam się jak guuupia, a wszystko poszło w kosmos, bo się nie zapisało, jak widać.

@#$#%$^!!!

piątek, 26 października 2018

Kontrolna wizyta u specjalisty od moich żył wykazała, że wszystko jest ok. Specmen powiedział "rzadko się zdarza by tak szybko żyła zniknęła". Czy jest gites, ale pończochę uciskową czyli kompresyjną nosić trzeba. Uznałam, że wytrzymam i mimo, że jak powiedział mogę sobie czasem od niej odpocząć, to postanawiam póki co trzymać się wcześniejszych wytycznych. A jak wszystko pójdzie OK to za tydzień druga noga. Tak z rozpędu. Zrobić co trzeba i móc powiedzieć jest ok, sytuacja opanowana.

Wzięłam się za zaległą domową papierkową robotę i teraz spać mi się nie chce. Ale od tygodnia mnie to męczyło i w końcu dzisiaj opanowałam temat. Uf...

Ale teraz to już idę spać, bo jutro nie wstanę.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 99