na Bloxie - od września 2004, od marca 2008 - tutaj
Archiwum
O autorze

A. wyrodna córka

środa, 28 września 2011
Jeszcze tylko szybki wpis i lecę spać, bo obiecałam sobie że będę jednak zdecydowanie wcześniej zasypiać. Takie nocne markowanie odbija mi się potem czkawką w ciągu dnia.

Nie wygraliśmy tych pięćdziesięciu baniek. Chyba to i dobrze, bo nie wiem czy jestem gotowa na tak diametralną zmianę swojego życia. Ja lubię swoje życie, chciałabym tylko poprawić nieco jego jakość, zlikwidować bolączki debetowe. Ciekawam czy taka kasa przynosi szczęście...

Jak już wspomniałam umysł muszę mieć wypoczęty i chłonny jak gąbka, bo czeka mnie sporo pracy w kwestii przesiadki pracowej. Skrystalizowało się to wszystko na tyle, że zostało już wyartykułowane i nie jest już głęboką tajemnicą. To chyba dobrze...

Nie potrafię się w pełni zaangażować w swoje obecne obowiązki pracowe, bo ja już myślami jestem tam, dalej. Wszelkie dyskusje, zażarcie toczone spory i inne kwestie jakby mnie nie obchodzą, bo myślę sobie, że jeszcze trochę i nie moja to będzie broszka. N wszelki wypadek sama siebie uciszam i wyhamowuję w tym entuzjazmie, bo póki nie będzie czarno na białym to tak jakby tego nie było. Lepiej się studzić niż zapalać na darmo.

Matencja. Książkę mogłabym napisać. Chroń mnie Panie bym nie była taka jak ona, by moje małżeństwo nie było takie jak moich rodziców. Ono nawet nie jest puste, bo ono jest wypełnione milczącą złością, złośliwością, agresją i chłodem chyba, bo wieje tam wciąż. Nie ma blasku, nie ma ciepła, serdeczności, bezpieczeństwa, zaufania, bliskości. I z jednej strony to mi jej żal, bo to nie jest fajne, ale z drugiej strony matencja ma coś takiego w sobie, w swoim stosunku do świata, do tatencjusza, do nas, coś denerwującego, drażniącego. Pewnie obcy patrząc z boku powie, że wymyślam, ale obcy nie zna jej tak dobrze jak ja.
Jak mam zareagować, co mam powiedzieć gdy słyszę w słuchawce kolejną opowieść na temat tatencjusza, co zrobił, co powiedział, a czego nie powiedział i co NA PEWNO miał na myśli, a na podstawie czego ona to po prostu wie i już. Nie mam siły gasić jej na każdym kroku. Czuję głęboki wyrzut sumienia kiedy zbywam ją podczas rozmowy pod byle pretekstem. Nie chcę przytakiwać wywodom, nawet nie potwierdzam popularnych zakończeń zdań typu: on przeciez nie może tak robić bo to jest karygodne, nie? bo już wiem, że matencja może to wykorzystać jako swój atut i powie pewnie Anonimka też powiedziała, że to jest karygodne. Moim ulubionym zwrotem jest ostatnio: nie wiem, to musi być Twoja decyzja, trudno mi ocenić.
Z trzeciej strony myślę, że skoro zmęczona jestem ja, patrząca nieco z boku, to jak się czuja oni, główni aktorzy tej farsy jaką jest ich małżeństwo?

Nie chcę zagłębiać się w tematy polityczne, nie jestem typem politykiera, ale szlag mnie trafia gdy po raz setny ktoś mnie pyta na kogo zagłosuję. Trafia mnie i to mocno, bo to jest moja własna, prywatna i osobista sprawa i nic nikomu do tego. Nie cierpię "gadających głów". Nie mam pomysłu na to, by było w tym kraju lepiej. Wychodzę ze sceptycznego założenia, że ktokolwiek dopcha się do władzy będzie chciał się najpierw obłowić. I tu zdania są różne: ci, którzy u władzy są obecnie już się obłowili to może teraz wezmą się do roboty. Albo: trzeba zmienić skład, może jeszcze jest nadzieja...
Czy ktoś jeszcze pamięta, że przy poprzednich wyborach obiecano nam jednomandatowe okręgi wyborcze?
A gigantyczny szlag mnie jasny trafia gdy pomyślę, że rozsiana po caluteńkim świecie Polonia ma prawo decydować o moim tu i teraz. Gdyby to ode mnie zależało niechby sobie decydowali, ale na terenie kraju. Nie w ambasadach i konsulatach, ale tu w Polsce.
Ciekawa jestem jaka będzie frekwencja, spodziewam się miażdżącego minimum, bo ludziom ręce już opadają, i skrzydła i nadzieje też.

Mała zaliczyła pierwszą gimnazjalną jedynkę. Z prawdziwej głupoty, lenistwa i nie wiem czego jeszcze, chyba pecha? Za brak zadania, bo... kompletnie jej wypadło z głowy. ???
Przynosi oceny różne, sama widzi że high life z podstawówki już się skończył i piątki same nie wpadają do gąbki.

Przed Młodym jeszcze wynik ostatniego poprawianego po raz kolejny egzaminu ze statystyki. Sam widzi, że wcześniejsze zaniedbania wiele go kosztowały. Mam nadzieję, że będzie to dla niego solidną nauczką na przyszłość.

poniedziałek, 12 września 2011
Po wizycie u specjalisty podjechałam z Małą do matencji zobaczyć się z przyjezdną rodzinką. Wizyta bardziej kurtuazyjna, bo wypada niż z rzeczywistej chęci tak więc z góry ustaliłyśmy sobie limit na godzinę i wymówki/argumenty do wyjścia. Mała ma sporo lekcji, a ja huk roboty w domu.
Było nawet miło i szlag mnie nie trafiał, ale tylko do momentu gdy matencja wyskoczyła ze swoimi prawie stałymi tekstami. Teksty zawsze są wypowiadane w obecności osób trzecich (zainteresowanych), ich celem jest tak zwane usidlenie mnie/nas, na ogół zwalają mnie z nóg i wywołują we mnie najczystszą agresję, bo moje wymówki i dyplomatyczne wyjścia obracają w pył.

przykład nr 1 - z dzisiaj
- ...będziemy się już zbierać, bo Mała musi się jeszcze pouczyć
- przecież tata może Małą zawieźć do domu, a Ty możesz śmiało z nami jeszcze sobie posiedzieć! (że niby to taka frajda dla mnie)

przykład nr 2 - z przeszłości
- ...idę już, bo późno a ja muszę jutro do pracy...
- przecież możesz rano zadzwonić i wziąć wolne!

przykład nr 3 - z dalszej przeszłości
- jedziemy już do domu (po dwóch dniach pobytu), było miło, ale nie możemy już dłużej, bo dzieci trzeba odebrać, ustalaliśmy opiekę nad nimi tylko na dwa dni - mówimy do gospodarzy marząc o wyjściu
- ale oni wcale nie muszą, wystarczy, że zadzwonią i ona (ciocia, teściowa, nie pamiętam już kto) na pewno się zgodzi, mówiła mi przecież! - woła donośnym głosem matencja
sobota, 11 września 2010
Mam dość matencji, jej pretensji, nerwów i relacji z ojcem, na które sobie ciężko zapracowała.
Od rana dzisiaj ponad 10 telefonów chyba każdego wyprowadzi z równowagi.
Za każdym razem narzekanie i pretensje. Ma prawo być wkurzona, bo sytuacja jest nieciekawa, ale ona sama ma w tym swój wkład i to dość solidny. Ja bym się tak samo zachowała jak on.
I gadanie że ja powinnam to czy tamto wyprowadza mnie z równowagi tak samo. Jako córka powinnam stanąć w jej obronie. Do cholery!!! Jako córka nie chcę wchodzić w relacje między nimi. Nie chcę być między młotem a kowadłem.
Każdorazowe moje negocjacje z nimi kończą się tym samym prędzej czy później - kolejną awanturą.
Do niej argumenty nie trafiają żadne. Ona swoje wie najlepiej jest ciężko pokrzywdzona przez los i męża i uważa teraz, że może wszystko. I przy każdej ostrej wymianie wyjeżdża mu z tekstami pt. ile to on jej w życiu krwi napsuł i ile ona musiała wycierpieć.
Każdy zdrowo myślący człowiek wie że takie coś nie prowadzi do niczego dobrego a już na pewno do poprawy sytuacji w obliczu konfliktu.
Mam dość. Najzwyczajniej w świecie mam dosyć. a przy okazji zżera mnie od środka mój wewnętrzny robal czyli wyrzut sumienia, który mówi że jestem niewdzięczną wyrodną córką...
Ja to chyba do leczenia się nadaję...
piątek, 23 lipca 2010
Matencja. Temat powraca.

Starość,
zmiany poudarowe,
mam swoje lata i wszystko mi wolno,
ale o co chodzi...?
Całe życie byłam potulna i spokojna(?) to teraz sobie odbiję z nawiązką
przecież ja nie chcę źle...
to już nawet zapytać nie wolno...

Nie nie chcę nic jeść, nie jestem głodna, ja nie przyszłam tu żeby jeść

spuszczona głowa, nos na kwintę,
nieobecne spojrzenie
od czasu do czasu komentarze rzucane ni z gruszki, ni z pietruszki


piątek, 12 marca 2010
Człowiek uplanuje sobie, że rodzinną imprezkę z okazji urodzin Małej robi zdecydowanie później. Zawiadamia wszystkich i jest OK. W dniu tychże urodzin dzwoni matencja i truje dupę, że dlaczego tak późno, że robimy dziecku krzywdę (jaką, się pytam, jaką?!) i że tak nie powinno być. W tej samej rozmowie informuje, że wpadnie wieczorem z życzeniami i prezentem. I tak miała podjechać, w innej sprawie, ale skoro poinformowała, że z życzeniami - poczułam się w obowiązku i do maleńkiego kupionego torcika upiekłam na szybciora ciasto. Piekłam je tylko i wyłącznie z jej powodu. A wieczorem matencja beztrosko dzwoni, że owszem miała przyjechać, ale czeka na dostawcę mebla i już nie przyjedzie.
Można się wkurzyć, prawda? I nawet nie o to ciasto, ale po cholerę dyskutuje na temat naszych rodzinnych decyzji? I nie żeby powiedziała raz, ona po prostu usiłowała mnie namówić na zmianę planów. Nie ważne że my sobie coś tam ustaliliśmy, ważne że ona myśli że biednemu dziecku krzywda się dzieje. No żesz...
Podskórnie czekałam jeszcze na to, że jak przyjedzie z tymi życzeniami to uświadomi Małą jaka to jej straszna krzywda się dzieje, bo impreza rodzinna będzie później. Mała sprawę przyjęła na spokojnie, koleżanki z życzeniami przychodzą dzisiaj więc krzywdy chyba nie ma.
Powinnam założyć zeszyt i wpisywać te wszystkie wybryki, żeby na starość nie popełniać takich błędów i nie raczyć nimi moich własnych pociech.

...no to pozbyłam się żółci.
I nawet dyskusja na ten temat z matencją nie ma sensu, jakiekolwiek zwracanie jej uwagi, bo ona oczywiście powie, że chciała dobrze, że się nie wtrąca i takie tam.
Wyjdę jak zwykle na wyrodną córkę.
sobota, 13 lutego 2010
...właśnie skończylam przygotowania do sesji, pobudka dzisiaj o 6.00, bo o 7.00 wyjazd. Przede mną egzaminy, zaliczenia... Wieczorem impreza urodzinowa w klubie w babskim towarzystwie, mam dylemat, bo ostatni weekend karnawału, a ja zabieram tyłek i idę do knajpy, a SZM zostaje w domu (a wcześniej zrezygnował z firmowej imprezy wyjazdowej). Chcialam zabrac go ze sobą, ale po pierwsze on jakoś nie specjalnie się do tego pali, po drugie, nie wiem co na to solenizantka. :-)
A w niedziele czyli po imprezce - kolejny dzień zaliczeń i ciężki egzamin.
Ech życie...

Zwróciłam matencji delikatnie uwagę, na fakt wkręcania wnuka w konflikty małżeńskie dziadków. Sugestie, że Młody powinien do dziadka powiedzieć to czy tamto, czyli co się nie udaje ostatnio ze mną, może się uda z Mlodym, byle bylo, że ktoś ją popiera, że ona ma rację.
Nie dociera do niej fakt, że wszyscy nabierają wody w usta w momencie gdy oni się kłócą. Nikt nie ma odwagi powiedziec - kobieto STOP, wrzuć na luz, Ty też nie jesteś bez winy, ileż można wypominać, gadać, wyrzucać, mieć anse i pretensje. On, znaczy ojciec mój,  też nie jest bez winy. Oboje są siebie warci i ciężko zapracowali na to, że na stare lata patrzeć na siebie nie mogą, ale co ja mogę za to. Tak jak już powiedziałam do matencji. Skoro zawsze taki byl, to dlaczego teraz miałby się zmienić, skoro nigdy tego czy smego nie robił, to dlaczego teraz miałby zacząć, jak można miec pretensje o to jaki on jest skoro się go zna całe życie i zawsze taki był. skoro ona przez ponad 30 lat małżeństwa go nie zmieniła, nie nauczyła to jak ja mam tego dokonać?
Usłyszałam w słuchawce łzy, ale dzielnie udałam, że ich nie słyszę. Ręce opadają.

Aha, ekipa wakacyjna się nam powiększyła. Nie wiem tylko czy to dobrze czy nie. Bosze, gdzie tam wakacje...?
poniedziałek, 01 lutego 2010
Nie wiem co się stało, ale jak zadzwoniłam do matencji w dniu następnym, tak normalnie bez fochów, bo uznałam, że nie czas, miejsce, ani pora na nie to matencja się wzięła rozpłakała i mnie przeprosiła. Zbaraniałam, przyznam szczerze, bo się nie spodziewałam takiego obrotu. Bardziej byłam przygotowana na dąsy, żale i anse.
Zdaję sobie sprawę, że najlepszym wyjściem byłoby znaleźć matencji jakieś zajęcie, towarzystwo, żeby miała głowę i myśli zaprzątnięte czymś, czymkolwiek. Chciałam nawet wypchnąć ją do UTW, ale stwierdziła, że się nie nadaje. Generalnie rzecz biorąc widzę, że matencja jest zdecydowanie monotematyczna: co zrobił, powiedział tatencjusz i jak to ona mu nie nagadała. Nie cierpią się oboje tak bardzo, że cokolwiek by nie zrobiło to drugie to zawsze będzie wzięte za złą monetę, złą wolę, cokolwiek ale złe. Jeżeli tatencjusz cokolwiek zrobi - źle, jak tego nie zrobi - jeszcze gorzej. Mam serdecznie dosyć wysłuchiwania opowieści na ten temat. Za każdym razem usiłuję zepchnąć rozmowę na inny temat, ale ona zachowuje się jak człowiek w amoku, widzę, że niby słucha, niby przytakuje, ale generalnie mnie wcale nie słucha, nie jest zainteresowana. Każda rozmowa przebiega według ustalonego schematu. Zdawkowe pytanie co u nas, co robimy i zaraz potem leci opowieść wiadomej treści.
Za każdym razem zastanawiam się czy jestem tak bardzo wyrodną córką, czy ona tak bardzo toksyczną matką.
czwartek, 28 stycznia 2010
Mam łeb jak sklep.
Matencja chora. Z Tatencjuszem na wojennej ścieżce. Tatencjusz zadzwonił po ratunek. Pojechałam.
Chyba bym lepiej zrobiła siedząc w domu.
Cokolwiek bym nie powiedziała - wiadomo - jestem po stronie ojca. Cokolwiek bym nie zrobiła - ona nie ma we mnie oparcia. Słyszy tylko to, co chce, wybiera wersję odpowiednią dla siebie. Wypiera się powiedzianych słów. Zawsze wie lepiej, bo jej intuicja mówi to i owo. Trzy razy powiedziany na głos jakikolwiek domysł staje się rzetelnym faktem. No nie daję rady. Puściły mi nerwy.
Oboje działają na siebie jak płachta na byka. Żadne nie jest bez winy. Tyle już lat tkwią w tym chorym związku, a lepiej nie będzie na pewno. Jeżeli do tej pory się nie rozeszli, nie zdecydowali na rozwód, to muszą jakoś się dogadać, znaczy że albo chcą być ze sobą mimo wszystko, albo sa leniwi, albo niewolnikami konwenansów.
Jeszcze kwestia kasy - matencja sama nie da sobie rady.
Gdybym powiedziała wszystko tak naprawdę szczerze i otwarcie  co myślę to matencja dostałaby apopleksji.
Skoro wszyscy zwracają uwagę jej, a nie Tatencjuszowi czego ona się spodziewa, wymaga, oczekuje, to chyba powinno jej to trochę dać do myslenia, nie? Że może coś jest na rzeczy.
Czy ja jako córka powinnam stawać między nimi i karcić jedno, bo się na przykład źle zachowuje w stosunku do drugiego?
Czy ja muszę wysłuchiwać relacji intymnych z historii małżeństwa? Muszę słuchać co ona z nim przeżyła i jak jej dał w kość (znaczy zdradzał)?
Nie dość że usłyszałam jak to się na mnie zawiodła, bo nie ma we mnie oparcia, to jeszcze na podorędziu były szlochy, łzy i oczywiście obraza.

...a teraz sama siebie przekonuję, że nie jestem taka zła...
czwartek, 05 lutego 2009
Zaliczyłam wizytę u matencji.
Pojechałam, bo już mnie wyrzuty sumienia gryzły, bo dawno nie byłam, bo roboty ma, miała pełne ręce roboty, jak to przy przestawianiu mebli, a ja się nie pofatygowałam do pomocy. No i w ogóle mnie zeżerało, a opcja była taka, że albo dziś, albo dopiero w następnym tygodniu.
Zabrałam ze sobą Małą i pojechałyśmy. I wiecie co? Było miło i fajnie. Potem dołączył do nas tata, ale obyło się bez nerwowej atmosfery, bez złośliwości, bez wymówek, skarg i opowieści co on powiedział jej, a ona jemu. Aż wierzyć mi się nie chce. Nasuwa mi się wniosek, że może to dlatego, że naprawdę dawno mnie tam nie było. Sobotniej wizyty nie wliczam, bo to pomocowa wizyta była, a nie towarzyska. Wiem, zdaję sobie sprawę z tego, że to nie ma związku z tym jak się do siebie odnoszą, do ich relacji, ale to jest taka forma wewnętrznego usprawiedliwienia się za długa nieobecnośc u matencji.

Jutro kolejna impreza pod hasłem "40 lat minęło". Chcę się dobrze bawić, ale świadomość, że w niedzielę mam egzamin trochę mnie paraliżuje.

Cały czas wydawało mi się, że chorują wszyscy, a my nie. My zdrowi. No i niestety. Mała zakatarzona, a moje gardło woła o pomstę do nieba. A matencja każe mi wcinac czosnek. Mówię jej, że nie będę, bo z ludźmi pracuję, ale do niej to nie przemawia, ważniejsze jest zdrowie. Uciełam zapowiadającą się dyskusję-przemowę krótkim - "czosnku jeść nie będę, koniec kropka, szkoda dyskusji". A Mała dodała "kropka kom pl" i roześmiałyśmy się wszystkie.

Chyba dzisiaj moja matencja zdała sobie sprawę, że jestem już dużą dziewczynką :-)) Podczas rozmowy z mojej strony padło zdanie na temat moich koleżanek "przecież same wiedzą czego chcą, to nie są dzieci, tylko dorosłe czterdziestoletnie kobiety".
I widziałam ten moment w jej oczach, wyrazie twarzy, zastanowieniu, ten ulamek sekundy, kiedy zdała sobie sprawę, że ja też.
niedziela, 16 listopada 2008
Wizyta (nerwowa, jak zwykle) rodziców plus telefon z żalami od Teściowej to dostatecznie wybuchowa mieszanka. Chodzimy wszyscy potem podenerwowani i każdy powód jest dobry do wybuchu. Młody spędza masę czasu przed kompem. Przeszkadza nam to obojgu. W środę zebranie w szkole, się okaże jaki z niego kryształ. Ale szlag mnie trafia kiedy SZM zaczyna się nakręcać i wyrzuca z siebie słowa, obietnice, groźby, których na pewno nie spełni i nie dotrzyma. I jeszcze się oburza jak mu zwracam uwagę... Fakt, może nie powinnam na głos. Wiem, nie powinnam.

A rodzice...
...już sama się zastanawiam jaki temat poruszyć, który będzie bezpieczny, który nie będzie pretekstem do wyśmiewania ojca przez matencję.
   Dziś ostentacyjnie w pewnym momencie zamilkliśmy oboje, a oni między sobą zawzięcie dyskutowali. Nie chciało mi się być buforem. Zapytałam tylko czy przyjechali po to, by się tutaj, u nas kłócić czy spotkać z nami. Wrodzona/wpojona lojalność wobec matencji kazała mi mówić do nich WY, a nie zwracać się z tym pytaniem bezpośrednio do niej. A ona i tak kończy mówiąc, że ona się przecież nie kłóci ona tylko nam opowiada jaki jest ojciec i co robi, albo czego nie robi. Doszło do tego, że wszyscy traktujemy ją jak świętą krowę, nikt nie zwraca uwagi, nie powie złego słowa, a ona ma jeszcze pretensje, że się za nią nie wstawiamy. Nawet jej do głowy nie przyjdzie, że jesteśmy po drugiej strony barykady...
 
1 , 2 , 3